DOC

Odkopywanie trupa

By Ana Perez,2014-06-23 08:36
14 views 0
Odkopywanie trupa

Lech Zawrotny

ODKOPYWANIE TRUPA

Historię Leszka spisała i opracowała Krystyna Renc

     Oto ja człowiek, który mógłby być teraz na dnie piekła, lecz ręka Boga dotknęła mnie i uzdrowiła. Chwyciłem się tej ręki i przy niej trwam. Wiem, że jeśli ją puszczę zginę marnie teraz i na wieki. Poznałem piekło tu na ziemi i przeszedłem przez ogień cierpienia i bezsilności. Utraciłem wszystko, co miałem, bo nie znałem Boga. Poprzez ludzi odnalazłem Go i uwierzyłem, a on mnie podniósł. Spisuję dzieje swojego życia Wam ku przestrodze i Wam ku pokrzepieniu. 1 Niech Bóg będzie z Nami. „ Jeśli Bóg za nami, któż przeciwko nam?”

     1 Fragment cyt. Z Listów do Rzymian rozdz. 8 wers. 31 Miłość w Chrystusie Jezusie

     2

    To był dla wielu piękny, letni dzień. Może i ja bym piękno tego dnia zauważył, może widziałbym ludzi,

    którzy spieszą gdzieś w swoich sprawach, kolorowe sukienki kobiet, dzieci bawiące się na podwórkach i błękit nieba tuż nad wierzchołkami drzew. Może widziałbym to wszystko, gdybym był trzeźwy, ale ja już od dwudziestu czterech lat takim nie byłem. Moje myśli i myśli mojego towarzysza skupiały się tylko na jednym –

    przygrzać. Heroina zabrała mi normalne postrzeganie świata, ale ten wieczór, który miał nadejść, choć jeszcze o tym nie wiedziałem, miał być jej pożegnaniem.

    Z trudem zdobyliśmy pieniądze na kolejną działkę i razem snując się po ulicach szukaliśmy noclegu. Domu nie miałem. Cały mój majątek stanowiła wysłużona torba, a w niej kilka sztuk odzieży i dokumenty. Znaleźliśmy w podpiwniczeniach starą wersalkę, którą ktoś wyrzucił. Dobry nocleg dla takich jak my. Rano nie było ani torby, ani dokumentów, ani towarzysza. Zostało mi to, co miałem na sobie. Tenisówki i spodnie sindbadki. Lecz zostało mi coś jeszcze, coś, co zapalało się w mojej głowie małą iskierką nadziei, która pozwoliła mi zapukać do drzwi domu, gdzie mieszkali chrześcijanie. Otworzyły się, a ja im powiedziałem - nie

    mam dokąd pójść.

    Długą przeszedłem drogę zanim wypowiedziałem te słowa, ale dziś, gdy patrzę na moje obecne życie, wiem, że warto było je wypowiedzieć. Nie ma już dawnego Lecha umarł, lecz jeszcze raz odkopię trupa, i choć

    będzie przy tym fetor i jad, to niech nie sączy się w wasze serca, niech moje słowa przyniosą Wam otuchę, że można narodzić się na nowo dzięki mocy Ducha Świętego, który przychodzi do nas przez Jezusa Chrystusa.

    I przyszedł do mnie Pocieszyciel – Duch Prawdy i została pokazana mi nędza mojego życia i zacząłem

    dostrzegać piękno świata, ale nade wszystko ujrzałem obietnicę zbawienia i został mi Raj przywrócony.

     3

    *

    Urodziłem się 15 kwietnia 1953 roku w Ścinawie, małym prowincjonalnym miasteczku

    w województwie wrocławskim. Matka moja, Zofia, nigdy nie wyszła za mąż. Umarła zatruwszy się wodami płodowymi, gdy miałem trzy miesiące. Pochodziłem więc, jak to się mówi, z nieprawego łoża. Być może grzech rodziców miał wpływ na moje przyszłe życie. „Oto w nieprawości poczęty jestem, a w grzechu poczęła mnie 2 Z opowiadań i z zachowanych zdjęć wiem, że matka była piękną kobietą, ale jej życie odeszło, matka moja”.

    a ja skazany byłem na wychowywanie przez matki zastępcze, kobiety, z którymi mój ojciec nie umiał związać się nigdy na długo. Był kobieciarzem i alkoholikiem.

    Po ojcu odziedziczyłem to spojrzenie na kobiety, które ograniczało się do pożądliwości. Pożądałem nawet mojej drugiej macochy. Rozbierałem ją w wyobraźni, tak jak rozbierałem wiele innych kobiet, potem także w rzeczywistości. Liczyła się jednak tylko bliskość cielesna, której towarzyszyły alkohol i narkotyki.

    Pierwsza macocha wychowywała mnie do ósmego roku życia. Była to osoba, która poza pracą zawodową zajmowała się wróżbiarstwem także dla zarobku. Pamiętam jej powykrzywiane palce. Iluzja kart wkradła się w jej życie tak, że sama zaczęła w nie wierzyć. Dzisiaj myślę, że to grzech tak je powykrzywiał. Kochałem ją jednak. Była to prosta kobieta. Na imię miała Melania. Pracowała w barze jako barmanka. Musiała

    znosić fanaberie i pijackie humory mojego ojca. Kiedyś w szaleńczej fantazji położył jej jabłko na głowie i kazał stać prosto, a potem ze śrutówki celował do tego jabłka. Nie sprzeciwiała mu się, gdyż się go po prostu bała.

    Gdy miałem pięć lat ojciec wyjechał gdzieś na budowę i zostałem sam z macochą. Pojechałem z nią do wsi Hermanowa w województwie rzeszowskim. Zamieszkaliśmy u jej rodziców w małym domku gospodarczym.

    Było mi tam dobrze. Lubiłem chodzić do szkoły. Pamiętam zapach jej pastowanych podłóg. I ten dom wiejski, 3łóżka, polepę , drewniane, popękane ściany.

    W szkole miałem swoich małych przyjaciół. Szczególnie wspominam Basię, która lubiła bawić się ze mną, ale tylko na przerwach, gdyż po powrocie do domu nigdzie już nie szedłem. Chałupy były bowiem daleko od siebie położone.

    Z tego okresu napływają do mnie różne obrazy ludzi i sytuacji. Pewnego dnia dziadek z pola, na którym

    orał, przyniósł do domu plastry z miodem ziemnych pszczół. Wieczorem wysysałem z brązowego wnętrza wonny miód. Chociaż to był przybrany dziadek, to jednak kochałem go jak własnego i sam czułem się kochany. Był to niski chłop z sumiastym wąsem. Często brał mnie na kolana i głaskał po głowie. Umarł pewnego dnia i potem bardzo mi go brakowało. Wrosłem w tę rodzinę. Nie czułem się odtrącony.

    Potem któregoś dnia ojciec wziął mnie za rękę i powiedział, że od dzisiaj będę mieszkał z inną mamą.

    I pojechaliśmy do Legnicy. Wtedy już kochałem swojego ojca tylko wtedy, gdy był pijany, bo wtedy mnie nie bił. Gdy był na kacu odreagowywał na mnie złość, która w nim wzbierała. Potrafił bić tak długo, aż się zmęczył. Plecy miałem nieraz pocięte do krwi.

    Tu przypomina mi się pewne smutne opowiadanie o psie, którego pan alkoholik i okrutnik bił niemiłosiernie. Gdy razy ustały, pies czołgał się do pana i lizał mu ręce. Ja byłem takim bitym psem, ale nie było we mnie psiej uległości. Często, gdy miałem w ręce nóż, chciałem ojca zabić.

    Nowej macochy nigdy nie zaakceptowałem. Przychodzi do mnie wspomnienie z nią związane, które dzisiaj trudno mi wytłumaczyć inaczej jak tylko tym, że bardzo jej nienawidziłem, a gdy się kogoś darzy tym uczuciem to tak, jakby się pragnęło jego śmierci. Tak było w tym przypadku. W Boże Narodzenie goście

    i domownicy zajęci byli przygotowywaniem wigilijnej wieczerzy. Wszedłem do kuchni i właśnie w tym momencie ona zacięła się nożem w palec. Polała się krew, a że była słabego serca zemdlała i trzeba było ją cucić. Wielka była moja radość, pobiegłem do łazienki, ukląkłem na podłodze, splotłem dłonie w dziękczynnym geście i dziękowałem Bogu za to, co się stało. Przekonany byłem, że to jej koniec. Siedziałem tam długo, by nie psuć tej chwili, aż mnie zawołali i zobaczyłem, że nic z tego. Ona żyła.

    Za moje przewinienia stosowała różne kary. Lała wodę do miednicy i musiałem trzymać ją w rekach, aż do utraty przytomności. Im większe były kary cielesne w postaci bicia kablem, pasem, rózgą, tym twardsze

    stawało się moje serce. Pamiętam jej uderzenia w twarz. Potem, gdy miałem piętnaście lat, powstrzymałem jej rękę i powiedziałem, że jeśli jeszcze raz mnie uderzy, to jej te ręce połamię. Naskarżyła ojcu i byłem biedny. Wróciłem do domu „na kopach”, upadałem od kopnięcia i wstawałem ponownie, ale nigdy już mnie nie uderzyła. Wtedy, jak i często potem, słyszałem to wyzwisko - „ty skurwysynu”. A więc jestem synem kurwy? -

    pomyślałem.

    Bałem się, ale broiłem. Nieraz, gdy wiedziałem, że mam coś na sumieniu, wolno wchodziłem po schodach i stając przed drzwiami liczyłem do stu – wejść, czy nie wejść? Coś mnie podżegało do złego. Kary

    były straszne, ale niczego mnie nie uczyły. Im były okrutniejsze, tym gorszy miały na mnie wpływ. Gdy strach przeważał, nie wracałem do domu. Jak było ciepło szedłem spać do kolegów.

     2 Księga Psalmów. Psalm LI. 7 3 polepa gliniana podłoga

     4

    Na ucieczkach z domu zapoznałem chłopaka, którego ojciec był krawcem. Miał też jednak dodatkowy fach, a mianowicie był doliniarzem, czyli złodziejem kieszonkowym. Wacek, bo tak miał na imię nowy kolega,

    był kształcony przez ojca w tym właśnie fachu. Ojciec szył mu specjalnie w tym celu garniturek, a potem i mnie

    wyszykowywał, byśmy ładnie wyglądali wzbudzając tym w potencjalnych „jeleniach” zaufanie. Uczyłem się pilnie tej umiejętności okradając ludzi w pociągach, na festynach, w święta na odpustach i po wypłatach. Cieszyło mnie to, bo był to łatwy pieniądz. Nie miałem wyrzutów sumienia, bałem się tylko, żeby nie wpaść. Jednak wpadłem. To była późna noc, a jak to się mówi „na złodzieju czapka gore”. Po akcji podchmieleni

    wracaliśmy do Wacka domu, gdzie czekał na nas jego ojciec, aby odebrać swoją dolę. Zobaczyliśmy patrol milicjantów z psem. Zaczęliśmy uciekać każdy w inną stronę. Dałem susa na płot i kiedy już byłem jedną nogą za nim, pies chwytając za portki ściągnął mnie na dół.

    Najpierw zaprowadzono mnie do placówki ORMO i tam wymuszono zeznanie, gdzie mieszkam. Kolegi, którego nie złapano, nie sypnąłem. W domu rodzice kazali mi iść do innego pokoju, a sami rozmawiali w drugim z milicjantem. Ja jednak poszedłem do kuchni wykorzystując to, że pies został zamknięty w przedpokoju. Nie

    mógł przeszkodzić w moich zamiarach, więc przez małe okienko uciekłem na taras i z trzeciego piętra po rurze

    zsunąłem się w dół na ulicę. Byłem wolny. Milicjant, gdy się zorientował, że dałem dyla, przez okienko wołał:

     ? Stój, bo strzelam!

     Puściłem mu soczystą wiązkę epitetów wraz z gestem, że mam go gdzieś.

     I znowu ulica, szukanie przygód i pieniędzy, bo przecież trzeba było z czegoś żyć. Nie chciałem wracać do domu, choć nigdy w nim nie bywałem głodny. Mogę nawet powiedzieć, że panował w nim dostatek, gdyż oboje rodzice pracowali, a moja macocha, co trzeba jej przyznać, była dobrą gospodynią, zapobiegliwą i nie rozrzutną. Dbała też bardzo o porządek.

    Porzuciłem doliniarstwo jako zbyt niebezpieczne. Zacząłem okradać piwnice, altany wraz z nowo 4zapoznanym przyjacielem, który miał ksywę Gladiola. Wzięła się ona stąd, że kiedyś przyłapano go na

    kradzieży kwiatów. Za karę został skuty do stojaka na rowery przy Prezydium Miejskiej Rady Narodowej

    w Legnicy i tak stał twarzą do ściany. Na plecach miał napis „ZŁODZIEJ OGRODOWY”.

    Lubiłem go, bo to był „mocny” gość. Dobrze się czułem w jego towarzystwie, był taki jak ja, bratnia dusza. 5Metę znalazłem u dziewczyny z sąsiedztwa, która była córką prostytutki. Zakochałem się w niej. To

    było dobre uczucie. Miała na imię Luiza i też lubiła męskie towarzystwo, ale ode mnie pieniędzy nie brała. Może też mnie kochała? Była puszystą, rozrośniętą dziewczyną i dawała mi to, czego potrzebowałem. Kąt do spania, jedzenie i samą siebie.

    Nie był to jednak mój pierwszy kontakt cielesny z kobietą. Miałem czternaście lub piętnaście lat, kiedy nażłopałem się taniego wina razem z dozorczynią, dość młodą jeszcze kobietą, szczupłą i niezbyt ładną, ale wypity alkohol dodawał uroku, którego nie miała. I tam w jej mieszkanku doświadczyłem po raz pierwszy kobiecego ciała. Potem jej unikałem. Tak sobie myślę dzisiaj, że parzyłem się z tymi kobietami, gdy tylko nadarzyła się do tego okazja. Po prostu życie uliczne niosło ze sobą wszelki występek.

    „Na zewnątrz są psy i czarownicy i wszetecznicy, i zabójcy i bałwochwalcy, i wszyscy, którzy miłują kłamstwo 6i czynią je”

    Po tych szaleństwach młodości pojechałem znowu do Hermanowej, do mojej pierwszej przybranej mamy. Byłem wtedy fanem Jimi’ego Hendrix’a. Ubierałem się jak on, za własnoręcznie zarobione pieniądze zrobiłem sobie trwałą ondulację w salonie fryzjerskim w Rzeszowie. Siedziałem z setką wałeczków na głowie, mordowałem się, ale efekt był piorunujący. Byłem podobny do Jimi’ego Hendrix’a. Nie brałem wtedy jeszcze

    jego wzorem narkotyków, ale często upijałem się.

    Z taką fryzurą, z której byłem bardzo dumny i chciałem, aby wszyscy mnie podziwiali, poszedłem do młócenia zboża. Dali mnie do pracy przy plewach. Wieczorem wyciągałem kłęby włosów wraz z plewami. Na głowie 7miałem jeden wielki dred.

    Długo w Hermanowej miejsca nie zagrzałem. Wróciłem do Legnicy. Moja degradacja postępowała. Zepsucie było wszędzie, a ja krążyłem przeważnie po to, żeby oskubać kogoś, ograbić. Lazłem więc tam, gdzie to było łatwe do wykonania. Tak było we Wrocławiu, gdzie wszedłem w towarzystwo mężczyzn, którzy szukali młodych chłopców. Ja tego jeszcze nie wiedziałem. I tak łowca stał się zwierzyną. Chciałem ich, po tym jak się upiją okraść, a oni chcieli mnie zaciągnąć do łóżka. Nie doszło jednak do niczego, bo wyczuwając instynktownie to, co może mnie spotkać, zaatakowałem ich wyjętą z maszynki żyletką, którą umiałem doskonale operować. Byli to ludzie, których „Wydał Bóg na pastwę sromotnych namiętności... Na pastwę niecnych zmysłów, aby 8czynili to, co nie przystoi.”

     4 ksywa- w żargonie pseudonim, przezwisko 5 meta w żargonie , przystań , dom 6 Objawienie św. Jana 22 ( 15) 7 dredy splatane i czesane pod włos małe warkoczyki 8 List Św. Pawła 26, 28

     5

    9 w zawodzie murarza i cieśli. Były to nie przymusowe We Wrocławiu byłem po to, aby ukończyć OHP

    poprawczaki, do których szła młodzież często z patologicznych domów, albo tak jak ja z ulicy. To mi dawało jakąś perspektywę zdobycia zawodu, a poza tym miałem gdzie spać. Ubierano nas w siwe mundury. To, jak i pewnego rodzaju skoszarowanie przybliżało mnie do życia wojskowego. Miałem tu zdobyć fach i miałem ku

    temu nawet z początku sporo chęci, jednak szybko mi się wszystkiego odechciało. Pracowałem na budowie byle jak, po łebkach. Nie miałem zapału do pracy. Marzyłem o „zarabianiu” pieniędzy w nielegalny sposób. Chciałem należeć do jakiejś grupy przestępczej, zorganizowanej i silnej. Mało tego, to ja chciałem stać na czele tej grupy jako przywódca, którego inni by się bali. Do takich ludzi też lgnąłem, imponowali mi, ale nigdy w tym diabelskim świecie nie siedziałem na najwyższym stołku. Oglądałem filmy gangsterskie i potem często to, co

    podchwyciłem wprowadzałem w czyn. Tak więc podsumowując ten etap mojego życia znów mogę powiedzieć –

    nic z tego nie wyszło.

    Wróciłem do Legnicy, do Luizy i po rozmowie z jej matką zdecydowałem się, za zgodą rodziców, na pójście do wojska jako siedemnastolatek. Zgodzili się na to, bo czemu by nie? Tym sposobem pozbywali się kłopotu w postaci niesfornego Lecha, o którym jedna z ciotek powiedziała, że „ skończy na szubienicy”.

    Słyszałem te słowa i teraz wiem, że takie słowa mają moc. Zapadają w serce i wszystko zaczyna się toczyć tak, aby się sprawdziły.

    Na dwa miesiące przed pójściem do wojska na weselu w Węglinie upiłem się do nieprzytomności. Wchodziłem już wtedy w stan uzależnienia. Z zapoznaną na weselu dziewczyną pojechałem do Świeradowa Zdroju, gdzie pierwszy raz okradam pijaka z pieniędzy i pierwszy raz biorę prochy. Pod wpływem alkoholu

    dokonuje samo uszkodzeń na rękach. Chciałem tym zwrócić na siebie uwagę, aby ktoś się nade mną po użalał, jaki to jestem biedny. 10Zranieni ranią innych. Dowiedziałem się, co znaczą słowa „Mors Femini” i wydziergałem sobie taki

    napis na lewej dłoni po tym jak odepchnęła mnie dziewczyna ze Świeradowa, a potem i inne.

    Miałem siedemnaście lat. Do domu nie chciałem wracać, a ulica już mi się nie uśmiechała. Dosyć miałem spania po jakiś ciotkach, melinach, hufcach. Przestało to mnie już rajcować. Wiedziałem, że to nie jest to, czego szukam. W wojsku chciałem być pięć lat. Skończyć tam szkołę samochodową i zostać na zawodowego. Zapał miałem ogromny. Zabrakło mi wytrwałości, jak zwykle, cokolwiek robiłem. 11Do pięcioletniej służby wojskowej trafiał ostatni gatunek człowieka. Nazywano nas kamikaze -

    samobójcy. Prześladowali nas ci z czynnej służby dwuletniej. Byliśmy jak szmaty, którymi można było powycierać wszystkie kąty. Traktowano nas tak dlatego, że do wojska zgłosiliśmy się na ochotnika. Oni wiedzieli o tym, że dla większości z nas wojsko było lepsze niż ulica. Chwyciliśmy się tego jak ostatniej deski ratunku. Tak miało być do końca.

    Skończyłem pięć i pół miesięczny kurs samochodowy z wielkim trudem, ponieważ wino łatwiej we mnie wchodziło niż nauka naszych instruktorów. Wielokrotnie, gdy nie nauczyliśmy się budowy rozrusznika czy prądnicy, kazano przypinać nam te eksponaty do paska od munduru i w pełnym wyposażeniu wojskowym,

    skandując głośno nazwy części biegaliśmy dokoła placu. Pot spływał dużymi kroplami po całym ciele.

    W Ostrowie Wielkopolskim w czasie kursu upijałem się tanim winem i coraz bardziej wchodziłem w uzależnienie alkoholowe. Nie piłem sam. Miałem wielu innych kumpli, którzy lubili upijać się tak jak ja. Pamiętam śmierć kolegi Julka Bognara, który najprawdopodobniej po pijanemu wpadł pod pociąg, gdy wracał

    z przepustki. Jego ciało znaleźli poszarpane na torach. Po pogrzebie przywieźli mundur cały we krwi. Pomimo

    że to wydarzenie bardzo przeżyłem, gdyż zginął jeden z nas, który jeszcze niedawno z nami ćwiczył i znosił trudy wojska, i to zginął w tak przerażający sposób, nie opamiętałem się. Nie dało mi to wskazówki, abym przestał pić. Lubiłem ten bulgot spływającego do gardła wina, a potem rozlewające się ciepło po całym ciele i przyjemny chwiejny krok. Trwało to, co prawda krótko, a potem przychodził kac, który objawiał się strasznym bólem głowy i lękiem, że wyda się moje pijaństwo. Czekałaby mnie karna musztra, sześć dni paki lub zakaz opuszczania koszar. Jednak udawało mi się sprytnie ukrywać fakt picia. Szef kompanii sam zresztą nieźle popijał, więc może na nasze pijaństwo przymykał oczy?

    Egzaminy zdałem mimo kłopotów z nauką, dzięki wymyślnym sposobom i metodom stosowanym przez

    naszych instruktorów wojskowych i cywilnych. Po ukończeniu kursu mieliśmy dwa tygodnie odpoczynku, nie dostawaliśmy tak w kość.

    Oddelegowany zostałem do jednostki macierzystej w Gubinie nad Odrą, gdzie większa część chłopaków była ze służby pięcioletniej. Teraz, myślałem, jesteśmy górą. Będziemy się mogli odegrać.

    Po tygodniu przebywania w Gubinie część naszych chłopaków została oddelegowana do Kostrzynia nad Odrą, między innymi ja byłem w tej grupie. Przyjechaliśmy tam w 1972 roku w maju lub czerwcu i znowu

    zaczęła się gehenna. Wojsko, które powinno uczyć walki w obronie Ojczyzny, przerodziło się w moim sercu w nienawiść do innych żołnierzy z czynnej służby. Często zauważałem, że nie jestem w stanie sprostać

     9 OHP- Ochotnicze Hufce Pracy 10 Mors Femini - śmierć kobietom 11 kamikaze - z japońskiego „boski wiatr”

     6

    narzuconej nam dyscypliny. Przysiady, pompki, mieszanie z błotem. Mój obraz wojska się zmienił. Tak jak chciałem się tam dostać z troski o przyszłość, tak teraz chciałem się wydostać. Wyostrzony rygor i kary były niewspółmierne do naszych przewinień, tak jakby w zarodku chcieli stłumić wszelki opór. Liczyło się tylko posłuszeństwo. Aż w końcu przyszedł czas, że po którejś tam wpadce i po kilku wymierzonych karach, takich jak stawianie się na trąbkę w pełnym rynsztunku, stanąłem do raportu i dostałem czternaście dni karnej musztry.

    To się stało tak, że po przyjeździe z poligonu, gdy byłem bardzo zmęczony i przemoczony po wielogodzinnych ćwiczeniach z haubicami kalibru 120 mm, które ciągnęliśmy za samochodem, położyłem się pod łóżko i zasnąłem, zamiast pójść na zajęcia polityczne. Znalazł mnie tam podoficer, dyżurny baterii. Kazał mi wstać, wyjść, stanąć na baczność i zapisał do raportu.

    Któregoś dnia, podczas wykonywania ćwiczeń w ramach karnej musztry, podoficer, który ją prowadził, sprawił, że wpadłem w szał. Zarządził pogotowie gazowe, czyli włożenie maski na twarz i wydał rozkaz czołgania się do przodu. Doczołgałem się do jego stóp, a kiedy zobaczyłem czubki butów spoza okularów maski gazowej, wpadłem w furię. Zerwałem się na równe nogi i wymierzyłem do niego z broni. Pociągnąłem za

    cyngiel, ale na moje i jego szczęście magazynek był pusty. Podoficer zbladł, a ja odszedłem na baterię, oddałem broń i powiedziałem, że moja kadencja w wojsku się kończy. Mam już wszystkiego dosyć. Wojsko już mnie nie interesuje.

    Stosowano tutaj to, co u mnie w domu, tylko zgodnie z prawem wojskowym, a nie rodzicielskim widzi mi się. Mój mundur został zszargany. Złamano mnie, byłem nawet gotowy popełnić samobójstwo.

    Za to, co uczyniłem, mogłem brać udział tylko w ćwiczeniach, w których nie miałem do czynienia

    z bronią. Po tygodniu zdezerterowałem. Chciałem przekroczyć niemiecką granicę. Cztery dni byłem poza murami jednostki. Błądziłem w mundurze polowym, spałem po rowach. Straszliwie głodny dorwałem się do pasieki, aby najeść się miodu. Skończyło się to dotkliwym pożądleniem i oczywiście opuchlizną twarzy. Aż

    dziwne, że takiego przyjął mnie pod swój dach jakiś staruszek, nakarmił i pozwolił się przespać. Naściemniałem mu, że zgubiłem się na poligonie podczas ćwiczeń.

    W nocy, pociągiem, do którego wskoczyłem, wróciłem do jednostki, przeskoczyłem płot i zostałem aresztowany. Zacząłem udawać świra.

    Kiedy poszedłem na rozmowę z oficerem operacyjnym w sprawie mojej dezercji i incydentu z bronią, przemożny lęk przed konsekwencjami kazał mi w umyśle przygotować rozmowę. Słyszałem przedtem, jak

    wybrnąć z takiej sytuacji. Groziła mi karna jednostka w Orzyszu. Było to miejsce dla ludzi, którzy nie

    wywiązywali się ze swoich obowiązków, byli uciążliwi, czyli dla takich jak ja. Była to jednostka, o ile mi wiadomo, tylko dla wojskowych czynnej służby. Gdybym miał tam pójść, czego się bardzo bałem, myślę, że popełniłbym samobójstwo. Pogłoski, jakie krążyły o Orzyszu, jako o jednostce karnej, były straszne. Znęcano się nad skazanymi. Nie okazując strachu, dusząc go w środku, postanowiłem działać na własną rękę. Po rozmowie z oficerem, który widocznie stwierdził, że mam „odchyły”, zostałem skierowany do oddziału izby chorych na obserwację. Kamień spadł mi z serca, niepokój odpłynął.

    Jako świr nie musiałem oddawać honorów, mogłem z wszystkich robić dupków, co mi bardzo odpowiadało.

    Dobrałem sobie kolesia, który też wpadł na ten pomysł. Dobrze żeśmy się bawili. Wyśmienite jedzonko, słoneczna pogoda, dobry świrowaty nastrój. Tak było przez dwa tygodnie. Widocznie dobrze zdaliśmy test na

    świra, bo wysłali nas do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie na ulicy Walczaka był szpital psychiatryczny. Mówiono, że to najdłuższa ulica w tym mieście, ponieważ ci, co tam trafiali, często już nigdy nie wychodzili. Stosowano lek o nazwie haloperidor. Potrafił on najgorszego furiata przemienić w łagodnego baranka. Przy

    dużej dawce paraliżował układ ruchowy i myślenie. Chorzy przyjmowali pozy katatoniczne lub chodzili

    podpierając się ścianą. Potem na własnej skórze poznałem jego działanie.

    Dostałem się na oddział męski, gdzie zostałem poddany obserwacji. Komisja lekarska miała orzec, czy nadaję się do dalszej służby wojskowej, czy też wypisany zostanę do cywila.

    Do szpitala przyjechałem pod eskortą oficera. Na izbie chorych czekaliśmy na kogoś, kto miał mnie odebrać. Po pewnym czasie ukazała się kobieta w bieli, która okazała się salową. Podoficer zwrócił się do niej i usłyszałem głośną uwagę

     ? Niech pani na niego uważa, to jest groźny przestępca.

    Ona zignorowała słowa oficera i z uśmiechem powiedziała

     ? Chodź, kochaniutki, ze mną, zaprowadzę cię teraz na oddział.

    Zdobyła tym moją sympatię i zaufanie. Od razu się z nią zaprzyjaźniłem. Myślę, że ona wiedziała, iż wojskowi przyjeżdżają do tego szpitala i udają „głupa”.

    Pierwszy miesiąc pobytu wśród pensjonariuszy zapowiadał się dobrze. Jedzenie, papierosy, mocna herbata, którą lubiłem, a właściwie tam nauczyłem się ją pić od podsądnych, którzy przebywali w szpitalu psychiatrycznym przed lub po sprawach karnych. Nauczyłem się tam też grypsowania, więziennego żargonu.

    Podobało mi się to towarzystwo. Wspaniale się z nimi rozumiałem. Byli to różni ludzie. Wychowywałem się na ulicy, więc tacy ludzie mnie rozumieli. Musiało się coś jednak zepsuć. Zapoznałem się z chłopakiem, na którego powszechnie wołano Zinek, Zinas. Był starszy ode mnie o trzy czy cztery lata. Napadł na kontener z futrami

     7

i czekał w szpitalu na decyzję biegłych, co do jego dalszego losu. Był brzydki, kostropaty, ale silny i opiekuńczy.

    Dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Tworzyliśmy dobraną parę. Razem kombinowaliśmy jakieś cywilne ciuchy, wyskakiwaliśmy z pidżam i skacząc przez płot wychodziliśmy na miasto. Szukaliśmy też znajomości po innych oddziałach. Wykorzystywało się co bardziej chorych i naiwnych, aby wydębić od nich pieniądze lub lepsze jedzenie. Każda okazja i korzystne warunki były dobre dla mnie, by kogoś okraść, kogoś z czegoś oskubać, coś

    wyłudzić. Byłem wyzuty z dobrych uczuć. Chociaż zdarzały się chwile, że czasem robiło mi się kogoś żal, kto był słabszy, ale nie miałem dla nich szacunku, raczej krótkotrwałą litość.

    Te moje z Zinkiem poczynania trwały do pierwszej wpadki. Z oddziału na wieczorne wypady wymykaliśmy się przez okno jednej z sal. Kraty odkręcaliśmy kluczem skombinowanym na warsztacie, wychodziliśmy na żeński oddział, na którym zapoznaliśmy salową i pielęgniarkę, a one biedne dały się zmanipulować. Wyłudziliśmy od nich spirytus i prochy parcopan, zwane wśród narko- i lekomanów „pastą”.

    W połączeniu z alkoholem dawały niezły odjazd. Dziwny stan, który nam się podobał. Po którymś z kolei

    wyskoku, wracając na swoją salę, trafiliśmy na nocny obchód lekarski.

     ? No, zapraszamy panów, zapraszamy, miło nam panów widzieć ? usłyszeliśmy zaskoczeni.

     I od razu nas rozdzielono. Mnie wysłano na pierwsze piętro, na oddział zamknięty. Przysłano też majstrów i zaspawano kraty. Wtedy właśnie dostałem karnie zastrzyk haloperidonu. Na tym oddziale byli bardzo ciężko chorzy, niektórzy robili pod siebie. Wydaje mi się, że niejednokrotnie lekarze ładowali w nich chemię bez żadnych oporów. Wiem teraz, że świrowanie może uczynić człowieka rzeczywiście chorym psychicznie.

    Po miesiącu przebywania na tym oddziale komisja lekarska przyznała mi kategorię D - zdolny do

    służby w formacjach samoobrony. Byłem pewny, że wrócę do macierzystej jednostki celem rozliczenia się i pójdę do cywila. Jednak mój pobyt w szpitalu przedłużał się, ponieważ jednostka wojskowa nie kwapiła się z odbiorem człowieka już dla niej nieprzydatnego. Chociaż traktowano mnie nadal jako chorego, zaczęto używać tak jak i innych mniej chorych do różnych prac porządkowych.

    Z alkoholem kontakt się urwał, ale w tym czasie używałem prochów takich jak parcopan. Dawało to złudne poczucie bezpieczeństwa i wypełnienia czasu, odlotu od szarej rzeczywistości, która mnie otaczała.

    Pobyt w szpitalu przedłużał się i zaczynał mnie mierzić. Któregoś dnia z Zinasem postanowiliśmy uciec. Załatwiliśmy sobie w warsztacie dwa brzeszczoty i od siedemnastej do czwartej nad ranem piłowaliśmy kraty. Nikt na nas nie zwracał uwagi. Chorzy albo oglądali telewizję albo spali, a siostry odpowiednio przez nas

    zagadywane, to kawka, to herbatka też nic nie zaalarmowało. Mieliśmy przygotowane cywilne ciuchy i około piątej nad ranem ulotniliśmy się ze szpitala. Każdy z nas poszedł w swoją stronę. Ja do macierzystej jednostki, a on do swojego domu w Szczecinie.

    Suma summarum rozliczyłem się z wojskiem i ze szpitalem i wróciłem do Legnicy. W domu zastałem babcię i drugą macochę Hankę. Przyjęła mnie bardzo chłodno. Pokłóciłem się z nią, rzuciłem popielniczką o podłogę i wyszedłem. Wróciłem tam dopiero wiele lat później razem z żoną i córką.

    Znowu wyjechałem. Tym razem do Hermanowej, gdzie pracowałem przez okres żniw. Przelotne znajomości, zakochiwania się, miłość na jedną noc. Długo tam miejsca nie zagrzałem. Bezbożny mój duch 12 sprawiał, że „Byłem jak plewa, którą wiatr roznosi. Droga zaś wiodła donikąd”

    Przyjechałem do Lubinia Legnickiego, do kuzynki mojego ojca, która nie wiem, z jakich względów, akceptowała mnie i darzyła sympatią. Pomogła mi znaleźć pracę wraz z mieszkaniem na fermie kur.

    Zamieszkałem sam i uczciwie przykładałem się do pracy. Karmiłem kury i tak sobie żyłem, ale w Nowy Rok zapomniałem o wszystkim. Picie i miłość od pierwszego wejrzenia kazały mi zapomnieć o obowiązkach. Zwrócono mi uwagę, ale ja odebrałem ją jako atak.

    Justyna, którą wtedy kochałem chciała uciec ze mną, bo jej w domu też nie było dobrze. Porzuciłem pracę. W Rzeszowie zatrzymaliśmy się w hotelu „Kosmos”. Kupiłem kawę i ciastka, wsiadłem do windy, a za mną aż pod drzwi ktoś szedł. Okazał się ojcem Justyny. Wszedł i powiedział

     ? Justynko, dziaduś umarł, a ty tutaj?

    Wydała nas koleżanka mojej dziewczyny. Ojciec, poznając nasze plany wyjazdu do Torunia, zamieszkania u mojej babci i wzięcia ślubu, poradził mi, abym pojechał sam, skończył szkołę, znalazł pracę, czyli innymi

    słowy położył dobre fundamenty pod nasz związek. Kontakt z Justyną utrzymywać miałem przez korespondencję. Trafił mi do przekonania. Ona została, a ja wyjechałem do Torunia. I moja miłość do niej tutaj się skończyła, dlatego że koledzy i wódka byli od niej ważniejsi.

    Przyjęła mnie babcia, dla której byłem jedynym wnukiem. Mieszkała przy ulicy Figowej w małym

    domku. Potem go sprzedała, bo bała się, że jak wrócę z więzienia, do którego później trafiłem, zrobię w jej domu melinę.

    Między mną a babcią powstał konflikt religijny. Zamiast, jako jedyny wnuk zbliżyć się do niej, oddaliłem się. Byłem zazdrosny o to, że organizowała w domu spotkania jako Świadek Jehowy, a mną się nie zajmowała. Ja wtedy ostro piłem. Teraz wiem, że ona, tak jak i ja sam, nie zdawała sobie sprawy z mojego uzależniania.

    Pomogła załatwić mi pracę w Polonie. Jeździłem na wózkach akumulatorowych. Często zdarzało mi się

     12 Cyt. Z Biblii Księga Psalmów. Psalm 1Nabożny a bezbożny.

     8

prowadzić wózek po pijanemu. Mogłem się tu zakotwiczyć i rozpocząć normalne życie, ale alkohol i koledzy od

    kieliszka skutecznie mi to uniemożliwiali. Stworzyliśmy gang. Napadaliśmy na ludzi, aby ich po prostu ograbić. Wszystko to działo się zawsze pod wpływem alkoholu. Stanowiliśmy sześcioosobową grupę siedemnasto i osiemnastolatków. Po pijanemu i w grupie mieliśmy odwagę. Zwolniłem się z pracy.

    Pewnego razu niedopici zaczepiliśmy w okolicach Starówki dwóch nieznanych „gości” z myślą ograbienia ich z pieniędzy. Usłyszeli groźbę i trochę ich nam odpalili. Z tą forsą poszliśmy do knajpki „Halka”, aby napić się piwa i stamtąd zwinęła nas milicja, a właściwie milicjant, który na swoje nieszczęście zjawił się sam. Wylegitymował nas. Trzymał w ręce mój dowód osobisty i legitymację kumpla, kiedy dostał pięścią w nos. To Pinokio, bo taka ksywę miał kumpel, ze względu na wydatny nos, tak mu dołożył. Uciekliśmy, ale

    dokumenty zostały przy milicjancie. Po iluś tam metrach ucieczki zwinęli nas przed restauracją „Hungaria”. To 13, gdzie było w maju, a 1 czerwca prokurator dał nam sankcję w postaci trzymiesięcznego aresztu w „ Beczce”przychodził śledczy i protokołował zeznania. To była moja pierwsza, większa kolizja z prawem. Zacząłem życie więzienne.

    Światek, w którym czułem się dobrze, ukazał swoje prawdziwe życie za murami. Dzielił się na lepszych i gorszych. Dwie nieformalne grupy „grypsujących” i „nie grypsujących”. Wszedłem do grupy „grypsującej”, gdyż była silniejsza. Z natury słaby zawsze szukałem w kimś oparcia. Jednak wchodząc do grupy trzeba przyjąć 14jej zwyczaje, żargon tzw. „grypserę” odpowiednie zachowanie względem klawiszy i pozostałych grup, bo była

    jeszcze trzecia „frajerów„ i „kapusi”. Ci mieli „przekichane”.

    Grupa grypsująca miała pod lewym okiem wydzierganą małą kropkę, co oznaczało „git człowiek”. Mam ją do dzisiaj. Nie grypsujący mówili na nas „szamaki”.

    Ta społeczność w więzieniu drażniła mnie. Było to nieustanne znęcanie się jednych nad drugimi. Ciągła walka. Grypsująca była grupą dominującą, z początku zgraną, ale potem się okazywało, że i tu jeden drugiemu „afery wykręcał”. Trzeba było „ na oriencie lecieć” tzn. uważać na każdym kroku, co się komu mówi i co mówią

    do ciebie.

    Znowu zacząłem pić „czaj” – herbatę bardzo mocną, po której chodziło się „nawalonym”. Pod jej

    wpływem i za jej pomocą malowałem portrety. Nawet mi to nieźle wychodziło. Wielu chciało, abym ich

    namalował. Najpierw to była herbata Ulung, a potem Madras. Przylgnęła nawet do mnie ksywka Madras.

     ? Sie manko Madras? – słyszałem często.

    Po pół roku siedzenia w śledczym otrzymałem wyrok - trzy lata więzienia z artykułu 210. Wśród

    przestępców nazywany był królewskim. Startowałem od trzech lat w górę. Po wejściu na salę prokurator krzyknął – trzy lata. Nie mogłem dostać mniej. Pinokio dostał cztery i pół roku, bez żadnych ulg.

    To były Potulice. Duże więzienie. Po wyroku dopiero dotarło do mnie to, co mnie spotkało. Napisałem list do prokuratury z prośbą o łagodniejszy wyrok, ale utrzymano go w mocy. List jednak dostał się do lokalnej gazety „Nowości” jako niewczesny żal przestępcy, ku przestrodze innym. Ojciec przez dłuższy czas przechowywał go, wycięty z gazety, ale później list gdzieś przepadł.

    W więzieniu w nocy, bo w dzień trzeba było udawać przed sobą twardzieli, płakałem. Żaliłem się w myślach do mojej matki, której nigdy nie miałem.

     ? Gdybyś ze mną była, może by mnie to nigdy nie spotkało.

    Trzy lata za murami.

    W Potulicach siedziałem do przegrupowania z grupy M-2 do M-3. Dotyczyło to, o ile pamiętam,

    stopnia rygoru. Łagodniejszy był w grupie M-3. I tak zaszeregowany wyjechałem do Bydgoszczy, a po tygodniu

    kwarantanny przewieziono mnie do tzw. Czerwieniaka, ośrodka dla więźniów pracujących. Tam zadomowiłem

    się na dobre. Pracowałem przy kopaniu rowów kanalizacyjnych. Była to ciężka praca, ale za dodatek za szkodliwą pracę dostawałem większą „wypiskę”- wynagrodzenie, za które można było kupić dodatkowe

    jedzenie, a przede wszystkim papierosy. Już wtedy miałem na karku komornika, który do dzisiaj towarzyszy mi jak cień.

    W więzieniu wiele razy podpadałem, a to za przemyt herbaty, której używaliśmy jako swoistego rodzaju narkotyku, papierosów, picie alkoholu. W ciągu dwóch lat narosło mi tych raportów uznano więc, że nie poddaję się resocjalizacji. Przegrupowano mnie znowu do M-2 o zaostrzonym rygorze i przewieziono do Potulic.

    Tam urwało mi się wszystko, co miałem w Bydgoszczy herbata, papierosy, starzy kumple i układy. Przyszedł kryzys materialny, a za nim również duchowy.

    Nie należałem już do „grypsujących”, bo po pierwsze, że miałem wiele kłopotów z tego powodu ze strony władz więziennych, po drugie nie chciałem, gdyż za duże były represje wewnątrz samych więźniów. W Potulicach większość była „grypsująca”, znalazłem się więc w mniejszości. Nie obchodziło mnie to już właściwie. Chciałem żyć, odsiedzieć swoje, nie współpracować z władzami więziennymi, ale i nie poddawać się pod presję współwięźniów. Nie można było jednak tak swobodnie balansować między tym warstwami, bo albo byłem z nimi albo przeciwko nim. Bardzo dużo straciłem z przywilejów miedzy więziennych, dlatego że

     13 Beczka areszt śledczy w Toruniu 14 klawisz- w żargonie więziennym strażnik

     9

    odszedłem od „macierzystej” grupy. Nie chciałem do niej wracać, ale i nie mogłem. Dla nich byłem zdrajcą. Bardzo już tęskniłem do wolności, gdzie nie byłoby zgrzytu kluczy, wrogiego odnoszenia się do siebie i wielu innych przykrych więziennych spraw.

    Zacząłem odczuwać skutki alkoholizmu. Miałem bardzo schorowany żołądek. Były to bóle tak

    potworne, że trudno było je znieść i wymioty z krwią. Złe odżywianie, ciągły lęk i stresy potęgowały chorobę. Lekarz więzienny nie przejął się moimi dolegliwościami. Podchodził do każdego chorego więźnia jako do symulanta. Powiedział na moje skargi, że jeśli nic nie znajdzie, to wyleczy mnie za pomocą izolatki. Było to straszne miejsce, gdzie przez zasłonięte blindy docierały tylko słabe smugi dziennego światła. Łóżko na dzień zamykano do ściany. Stół z taboretem wbite były w podłogę. Co drugi dzień talerz ciepłej zupy, chleb z małą kosteczką margaryny i czarna kawa na śniadanie. W międzyczasie, gdy chorowałem, odsiadywałem tzw. „twarde łoże”- dechy i koc do przykrycia cienki i zniszczony. To trwało dwa tygodnie. Kara za raporty jeszcze z poprzedniego więzienia. Noc miałem przechlapaną, a rano musiałem wstać i iść do pracy. Nakładałem szprychy na koła rowerowe. Stałem przy stanowisku pracy, gdy po raz kolejny dostałem torsji. Zwymiotowałem zawartość żołądka do słoika po kompocie i zaniosłem to lekarzowi. Była tam krew z wymiocinami. Teraz mi uwierzyli i wysłali na prześwietlenie. Byłem taki dumny i szczęśliwy, gdy stwierdzono u mnie wrzody żołądka. To oznaczało w praktyce wyjazd do szpitala w Bydgoszczy, do tzw. Czerwieniaka na Wały Jagiellońskie. Polepszyło mi się jedzenie, dostałem biały chleb, zamiast czarnego gliniastego. Można było z niego ulepić kulę i wybić nią szybę, ale się go jadło, bo nie było innego wyboru. Teraz nic nie musiałem robić, czysta pościel, piżamka, posiłki trzy razy dziennie.

    Zakochałem się w siostrze więziennej, Małgosi. Pisałem do niej liściki, na niektóre nawet odpisywała.

    Była dobra dla wszystkich więźniów, czuła na ból i na to, że siedzimy. Chciałem ją wciągnąć w moje „ciemne interesy”, żeby np. przyniosła mi dużo herbaty, ale ona zamiast tego dała mi czekoladę i cukierki.

    Przyszła chwila na „głupiego Jasia”, czyli zastrzyk z delarganu, co mnie dobrze nastroiło, a po lewatywie koszulka, wózek i na stół operacyjny. Spięto mnie pasami do stołu i po wstrzyknięciu czegoś do żyły, odpłynąłem. Usunięto mi jedną trzecią żołądka. Po przebudzeniu od razu chciałem wstawać. Wciśnięto mnie siłą z powrotem do łóżka i zawieziono na salę pooperacyjną. Co jakiś czas klawisz wpuszczał siostrę. Przynosiła waciki namoczone w spirytusie do przemywania rany. Ja to wyciskałem przez parę dni, aż nazbierało się pół

    kubka, a potem to wychlałem. Poczułem się wspaniale. Pobyt w szpitalu przed i po operacji to były najprzyjemniejsze chwile mojego pobytu w więzieniu. Trwały trzy miesiące. Przyszedł dzień opuszczenia

    mojego raju ziemskiego i przewiezienia z powrotem do Potulic. Niezbyt byłem z tego zadowolony.

    W Potulicach nie musiałem już pracować. Dbano o mnie jak o chorego. Dieta i nadal biały chleb.

    Byłem pewny, że wyjdę 30 czerwca, jakież było moje zdziwienie, gdy 31 maja klawisz przyszedł na celę i wywołał moje nazwisko, żebym się zbierał, bo idziemy do magazynu po odzież cywilną. Okazało się, że umorzyli mi trzydzieści dni grzywny. Po pożegnaniu z kumplami, których miałem na celi, wyszedłem na upragnioną wolność, chociaż teraz wiem, że do chwili nawrócenia byłem cały czas we własnym więzieniu.

    Dostałem trochę pieniędzy, które miały starczyć na przeżycie kilku dni. Pierwsze moje kroki skierowałem na przystanek autobusowy, aby zobaczyć, o której odchodzi autobus do Bydgoszczy. W tym mieście mieszkała moja znajoma, u której chciałem się zatrzymać. Przystanąłem i... zainteresowałem się pobliskim sklepem spożywczym. Moje oczy zawiesiły się na półkach z alkoholem. Zakupiłem dwie butelki Ciociosana, jedną wypiłem od razu na miejscu, dla dodania sobie animuszu i aby zapić stracony czas w więzieniu, i aby nie dłużył mi się czas w autobusie. Odnalazłem się trzeźwy dopiero w łóżku u znajomej. Nawet nie wiedziałem, czy się z nią przespałem.

    Mieszkała z rodzicami w starej willi. Tę znajomość zawarłem w więzieniu. To była ta sama ulica, na której kopałem rowy. Szmuglowałem wtedy dla nich różne potrzebne rzeczy jak drewno, czy jakieś żelastwo, za co dostawałem herbatę i papierosy. Handel kwitł. Teraz ta znajomość mi się przydała. Spałem tam kilka dni. Stale byłem pijany. To była meta dla wielu tych, co wychodzili z więzienia. Każdy się w tej dziewczynie zakochiwał, a potem to się rozmywało.

    Po paru dniach wyjechałem do Torunia, gdzie miałem ciocię. Do babci nie mogłem wrócić, bo jak już wspomniałem, sprzedała dom i wyjechała. Wiedziałem o tym, że zostawiła dla mnie pewną sumę pieniędzy, abym po wyjściu z więzienia nie był tak zupełnie na lodzie. Udałem się więc po tę forsę. Okazało się, że część tych pieniędzy ciocia już rozpożyczyła, ale tę zachowaną mi dała. Była to dobra wypłata. Co mi to jednak dawało? U niej mieszkać nie mogłem. Domek był zrujnowany. Ciocia mieszkała w ocalałej kuchni. Była to naiwna kobiecina znana z tego, że dawała się oskubywać przez wszystkich z pieniędzy, jakie miała i zawsze była goła.

    Pieniądze, które dostałem, poszły na marne i stały się drzazgą wbitą miedzy mnie a moją kuzynkę, która część ich pożyczyła. To było powodem do kłótni. Skakałem o nie do oczu, a przecież i tę część bym przepił.

    Dostałem hotel z pracą przy wykopach, a to stąd, że w więzieniu pracowałem przy kopaniu rowów. Zamieszkałem tam, zacząłem pracować i zarabiać pieniądze. Mój kontakt ze społeczeństwem zacząłem od tego, że z powrotem wszedłem w świat przestępczy żyjący na wolności. Nie umiałem żyć w innej społeczności. Byli

    to ludzie lubiący alkohol, narkotyki, prochy, mający do czynienia z prawem w przeszłości lub w najbliższej

     10

Report this document

For any questions or suggestions please email
cust-service@docsford.com