TXT

Jonathan Carroll - Alarm

By Greg Harris,2014-11-24 16:21
6 views 0
Jonathan Carroll - Alarm

Alarm (Alarm alone)

    Jonathan Carroll

     I żyli długo i szczęoeliwie. Do cholery , przecież tak właoenie miało być ! Spotkali się , rozmawiali ze

    sobš , pokochali się , on poprosił , żeby wyszła za niego za mšż, a ona zgodziła się ...dokładnie tak , jak

    to się miało zdarzyć.

     Ale choć mamy nadzieję, że istniejš jakieoe reguły, w rze-czywistooeci wcale ich nie ma. Gorzej, bo

    staramy się po-stępować zgodnie z tym. co nie istnieje i kończymy jak on: siedzšc w pustym mieszkaniu,

    zastanawiajšc nie, gdzie ona może być, co robi w tej właoenie chwili, pewni, że jest to wspaniałe i

    seksy, po prostu nieporównywalne z czymkolwiek, co robiła wspólnie z nim.

     Widział tego drugiego mężczyznę- O to właoenie chodzi, W publicznym miejscu trzymała za rękę

    faceta z brodš a la van Dyck i w dodatku wytatuowanego! Wyglšdał na rowerzystę albo kierowcę

    ciężarówki, z tych, co noszš czapki z otworkami dla wentylacji.

     A przecież zawsze nienawidziła tatuaży! Przynajmniej tak mówiła. Pamiętał nawet, jak się wyraziła:

    ,,Tatuaż jest jak tršd". No a teraz szła za rękę z panem trędowa-tym,

    podczas gdy jej mšż siedział w

    pustym pokoju ga-pišc się w podłogę.

     Na dodatek tęsknił za wszystkim, co się z niš wišzało, nawet za tymi rzeczami, których szczerze

    nienawidził. Jej długimi czarnymi włosami przyczepionymi do białej emalii umywalki na kształt dziwnie

    wykaligrafowanych wzorów. Porozrzucanymi nieporzšdnie kosmetykami zajmujšcymi trzy czwarte szafki.

    Uporem. I tym sło-dziutkim głosem, kiedy przemawiała do kota, Każdej z tych rzeczy.

     Próbował wszystkiego, żeby o niej zapomnieć: Bali, drogiej wódki, randek z agencji towarzyskiej,

    historii Hioba. Problem jednak w tym, że nie chciał o niej zapo-mnieć-

    Nie chciał przestać myoeleć o

    jej uoemiechu, o jej długich palcach, o tym, jak pogwizdywała krzštajšc się w kuchni. Jeszcze z niš nie

    skończył.

     A dzisiaj była ich rocznica. Cztery lata małżeńskiego szczęoecia. Zabrałby jš na kolację i prawił

    komplementy. Kupiłby jej prezent - cos ekstrawaganckiego jak na ich

możliwooeci, bo ostatecznie

    miłooeć jest ważniejsza niż stan konta bankowego. Może nawet wzišłby jš w jakšoe podróż. Położyłby

    dwa bilety na ich małym stole i powie-dział: ,,Jutro będziemy w

    Londynie".

     Kiedy tak siedział i myoelał o tym, wydawało mu się, że mieszkanie

    rooenie i rooenie wokół niego i

    wreszcie czuł się jak pooerodku wielkiej stacji kolejowej. W drodze do-nikšd!

     Westchnšł, podniósł się i postanowił pójoeć się napić. Usišdzie sobie w barze i pooglšda mecz w

    telewizji. Co-kolwiek, byłe tylko oderwać myoeli od niej. Może jego umysł pracujšcy na pełnych

    obrotach ustali, co do chole-ry ma zrobić z resztš życia.

     Na dworze było bardzo zimno i samochód nie chciał zapalić. Trrr... trrr... trrr... gasł raz po razie.

    Uchwycił mocno kierownicę poprzez wspaniałe skórzane ręka-wiczki,

    które podarowała mu na ostatnie

    urodziny. ,,No dalej, skurczybyku, nie rób mi togo! Nic dzisiaj", Tirr... trrr... znowu nic.

     Zawsze kiedy silnik nie chciał zapalić, mówiła: ,,Mo-że go zalałeoe".

    Bo tylko to wiedziała na temat

    samo-chodów. że jeoeli zbytnio pompujesz pedałem gazu. za-lewasz motor.

    Więc za każdym razem gdy

    był jakioe kłopot, według niej musiało to być zalanie. Stroił so-bie

    żarty z tej jej wiedzy

    samochodowej, aż wreszcie szczypała go w ramię, żeby przestał. Raz zacięło się okno. Bardzo

    poważnie zapytał jš, czy nie myoeli, ze się zalało...

     Oparł głowę na kierownicy. Czuł się tak. jakby przyłożył do czoła nie kawałek plastyku, ale lodu.

    Bez cienia nadziei przekręcił jeszcze raz kluczyk i wtedy nagle sil-nik

    zaskoczył. Dzięki Bogu!

     W chwili gdy wyjeżdżał z parkingu, zobaczył niesym-patycznego

    sšsiada, nazywała go: Niedobry pan

    Musz-tarda".

     Czy naprawdę ona będzie mu tak towarzyszyć przez cały wieczór? ,,Może jest zalany", przezwiska,

    jakie nadawała ludziom, jej głos, kiedy przejeżdżał koło miejsc, gdzie zwykle robiła zakupy. Czy to

    wszystko bę-dzie go torturować?

     Nie. Bar, który wybrał, był bardzo przytulny. Przez kilka następnych godzin czuł się tak, jakby

wylšdował z powrotem na Ziemi. Przysiadła się do niego duża blon-dyna

    imieniem Cora. Jej chłopak

    dbał, żeby nie zabrakło im picia. Zaoemiewali się nawišzujšc nocnš przyjaYń. Tak właoenie powinno

    być. Mili dla siebie ludzie, opowia-dajšcy historyjki i dowcipy tak oemieszne, że chichoczesz aż do bólu

    brzucha. Cory nie tknšłby za nic w oewiecie, ale był jej wdzięczny, bo trzy razy powtórzyła, że jest w jej

    typie.

     Kiedy przycisnęło go, by pójoeć do toalety i właoenie miał się podnieoeć, usłyszał za sobš głos:

    ,,Czeoeć, Cora". Cooe szelmowskiego w tonie, jakaoe sugestia intymnooeci podpowiedziały mu, że ten

    ktooe musiał spędzić z Córš pewien czas w łóżku. Odwrócił się i ku swemu przeraże-niu ujrzał pana

    Tatuowanego van Dycka.

     - Czeoeć! Gdzie się podziewałeoe? Co żeoe ostatnio nabroił? - powitała

    go najwyraYniej zachwycona

    Cora.

     Nawet kiedy już zostali sobie przedstawieni. Złodziej żon nie patrzył na niego, tylko w dekolt Cory.

     - Czeoeć, jak leci?

     W jego głosie słychać było kompletny brak zaintereso-wania tym, jak

    leci drugiemu mężczyYnie.

     W porzšdku, to był właoeciwy moment! Odpowiednia chwila, żeby stanšć przeciwko tej oewini,

    przeciwko wła-snej słabej naturze, przeciwko wszystkiemu, czym kie-dykolwiek był i czego nie zrobił.

    Wstań. Złap chujka za koszulę, wycišgnij go na oerodek sali, przyłóż mu. Zrób cooe!

     Akurat. Nie było w nim nic z Dżyngis-chana, ani jed-nego chromosomu. Ani Dżyngisa, ani Johna

    Wayne'a, ani jaj, ani grandezzy, ani niczego. Niczego dobrego. Złe-go

    zresztš też nie - sama

    bezbarwnooeć i bezużytecznooeć. Można to kupować na tony i nawozić tym pole. Był tylko sobš,

    potrafišcym jedynie wstrzymywać oddech i z za-czerwienionymi

    policzkami zaciskać pięoeci, siedzšc

    obok mężczyzny, który ukradł mu żonę.

     Nawet gdyby wyszedł od razu i tak przebywałby tam za długo. Cały alkohol, który wlał w siebie tej

    nocy, gdzieoe wyparował i jego błogosławione efekty zniknęły, zanim jeszcze wyszedł z budynku.

    Wsišdzie do samocho-du i pojedzie. To właoenie zamierzał zrobić. Jechać

przed siebie, by zabić ból i

    upokorzenie, mijajšc drogowskazy i stacje benzynowe, jadšc donikšd. Tego właoenie potrze-bował w

    takš noc.

     Miał swojš wielkš szansę, ale wszystko, co potrafił, to zaperzyć się. Więc teraz pojedzie. A jeoeli

    będzie chciał jechać przez całš noc, sam w samochodzie, który nic chce

    zapalić i przypomina mu o

    żonie, niech tam. Bę-dzie jechał całš noc i zobaczy przez szybę samochodowš, jak wstaje oewit. A nowy

    dzień zawsze przynosi nowš nadzieję.

     Chociaż zrobiło się Już wpół do drugiej, parking przed barem był pełen. Zazdrooecił wszystkim tym

    szczęoeliwym pijakom, siedzšcym jeszcze w oerodku- Z goryczš

    stwier-dził. że zazdrooeci właoeciwie

    każdemu, kto nie jest nim.

     Zanim zdšżył zanurzyć się w pełnię smutku wywoła-nego tš myoelš,

    usłyszał, jak z tyłu ktooe do niego

    podcho-dzi. Zaczšł się odwracać i wtedy poczuł uderzenie w tył głowy. Upadł.

     Nie miał żadnych snów. Przeszedł prosto od rejestracji ostrego bólu do pełnej oewiadomooeci- ,,Gdzie

    u diabła ja jestem?" Ale nie mógł wymówić tych stów, bo usta miał zakneblowane, a ręce zwišzane z

    tyłu. Panowała kompletna ciemnooeć, ale wiedział, że jest w czymoe, co się porusza. To był hałas, jaki

    robi samo-chód. Był w samochodzie. Po kilku sekundach uoewiado-mił

    sobie, ze leży w bagażniku. Po

    tym, jak ktooe go ude-rzył, został zwišzany i wpakowany do bagażnika!

     Ogarnęła po panika. Zaczšł się szarpać i usiłował krzyczeć mimo taoemy, która zaklejała mu usta.

    Nigdy w całym swoim życiu nie czuł się równie żywy. Nic nie liczyło się nigdy tak bardzo jak to, by się

    teraz uwolnić od taoemy, więzów i bagażnika. Jeoeli nie wydostanie się w tej chwili, oszaleje. I wreszcie

    cooe robił, nie leżał jak owca wieziona na rzeY. Kopał i krzyczał, ile sił.

     Nic się nie stało. Rzucał się, a samochód jechał dalej i choćby nie wiem czego próbował, nic nie

    mogło tego zmienić. Szczęoeliwie pierwsza fala paniki przeszła, przy-najmniej na jakioe czas.

     Zastanawiał się, kto u licha, chciałby go porywać. Nie miał niczego, nic nie wiedział, nie dysponował

    żadna władza. Jakież Czerwone Brygady, Ariańskie Braterstwo, Loenišca

Droga i wszyscy mordercy

    wie-dzieli. że w ogóle istnieje? Czy powinien się poczuć pochlebiony?

     Może to jacyoe rozwoecieczeni Arabowie, którym wystar-czyłby jakikolwiek Amerykanin. Albo

    sadyoeci. Zabiorš go do lasu wraz z walizka pełna-- no, rzeczy, a kiedy je-go ciało zostanie

    odnalezione, nawet ci, którzy na niego trafia, odwrócš się chorzy z

    obrzydzenia. Znowu zaczšł się

szarpać.

     Na dobre lub złe, w chwilę po tym, jak dopadła go dru-ga fala strachu,

    samochód gwałtownie się

    zatrzymał. Trzasnęło dwoje drzwi. Nikt się nie odezwał, za to usły-szał

    kroki. Gdzieoe bardzo blisko w

    zamku obrócił się klu-czyk i klapa nad nim skoczyła w górę. Ooelepiło go oewia-tło.

     - Wysiadaj!

     - Nie może. jest zwišzany.

     - No taaa,

     Oba głosy należały do Amerykanów, l były znajome.

     Po jakiejoe chwili ktooe go przekręcił na kolana, a potem złapawszy go pod ramiona, wycišgnšł z

    samochodu. Po-nieważ oewiecono mu cały czas prosto w twarz, nie mógł zobaczyć, kto to.

     Położyli go na ziemi. Czuł się jak sparaliżowany ocze-kiwaniom, co

    zaraz nastšpi. Ktooe kopnšł go w

    bok. Moc-ne kopnięcie, ale nie mordercze.

     - Przestań.

     - Dlaczego? Widziałeoe, jak on uderzył?

     Znowu te znajome głosy. Bardziej niż bólem i stra-chem jego umysł

    zajęty był szukaniem odpowiedzi

    na pytanie, skšd zna te głosy.

     OEwiatło zgasło. Zamrugał starajšc się odzyskać zdol-nooeć widzenia.

    Najpierw zobaczył dwie.

    potem trzy pary nóg. Jedne były w trampkach, Takich samych, jak te,

    które nosił jako nastolatek,

    wysokich, w czarno-białe pa-ski.

     - Zdejmij taoemę. Pozwól mu mówić, Teraz już nie ma znaczenia, czy go usłyszš.

     Ktooe zaoemiał się złooeliwie.

     Trampki zbliżyły się i czyjaoe dłoń jednym brutalnym pocišgnięciem zerwała taoemę z jego ust.

     Mężczyzna krzyknšł, ale nie z bólu, tylko dlatego, że tym, który mu zerwał taoemę, był on sam.

     W wieku lat siedemnastu. On jako siedemnastolatek, w trampkach, w wymęczonych dżinsach, na

    których matka naszyła mnóstwo łat i w krzyczšcej koszulce polo, którš dostał na ostatnie urodziny od

    swojej dziewczyny.

     - Niespodzianka, dupku. Witaj w domu. Siedemnastolatek podniósł się i oparł dłonie na wš-skich

    biodrach-

     Od tamtego czasu nabrał sporo wagi. Pamiętał, jak kiedyoe kupował

spodnie nr 32 zarówno w pasie

    jak i na długooeć. To były czasy.

     - Spójrz na mnie - odezwał się głębszy głos i nagle zrozumiał, że i ten należy do niego. Zawsze

    jeste-oemy zdziwieni słyszšc samych siebie z taoemy magnetofonowej. W cišgu trzydziestu sekund

    usłyszał siebie dwa razy - z przeszłooeci i teraYniej-szooeci.

     Przestraszony podniósł wzrok i zobaczył siebie wgapionego w sie-bie.

    To ja, zrozumiał natychmiast. I

    ten szkaradny czerwony sweter. Jego żona upierała się, że oewietnie w nim wyglšda.

     - Czy wiesz, kim jesteoemy?

     Mimo że był oszołomiony, pytanie wydało mu się bezdennie głupie- Ale

    nic chciał się narażać, więc

    tylko skinšł głowš. Ten drugi odpowie-dział mu podobnym skinieniem.

     - To dobrze, ponieważ ja nie wie-działem. Zabrało mi sporo czasu,

    za-nim to zrozumiałem.

     - Ja skumałem od razu - oznaj-mił z dumš siedemnastolatek-

     - Zamknij się, dobra? Jeoeli jesteoe taki sprytny, to jak tutaj trafiłeoe?

     Podniósł wzrok na swoje dwie wczeoeniejsze wersje spoglšdajšce na siebie ze woeciekłooeciš. Ich

    wzajem-na nienawioeć była oczywista.

     - A ty, kurwa, na co tak się ga-pisz? - warknšł siedemnastolatek.

     Ale leżšcy na ziemi mężczyzna wiedział, że to blef. Pamiętał, jak majšc siedemnaoecie lat bardzo

    sta-rał się udawać twardziela. Trzymał z grupš łobuziaków najeżonych ni-czym kaktusy i

    niebezpiecznych jak ręczne granaty. Wcale nic odznaczał się odwagš, ale był sprytny i potra-fił oszukać

    innych, by uwierzyli, że jest jednym z nich, a to wystarczyło.

     Zawsze był sprytny, ale teraz sie-dzšc na ziemi, w tej

    niewyobrażal-nej sytuacji, uoewiadomił sobie

    cooe po raz pierwszy - jesteoe sprytny i wydaje ci się, że to wystarczy, ale tak nie jest. Do czego

    doprowadziły go wszystkie te oewietne plany, kłamstwa i udawania, pooeród których żył przez lata?

    Opuoeciła go żona. praca, którš wykonywał okazała się znacznie mniej interesujšca, niż się

    zapowiadała, miesz-kanie miało pozór tymczasowooeci. Pewna kobieta, z któ-rš kiedyoe pracował,

powiedziała: ,,Spieprzyłam życie do poziomu absolutnej oeredniej".

    Kiedy pierwszy raz to usłyszał, uznał

    powiedzenie za zabawne. Teraz zrozu-miał, że było też prawdziwe. Użył całego swego sprytu, by jego

    życie również stało się oerednie i takie już miało pozostać. Na zawsze.

     - Alleluja! Nasz chłopczyk ujrzał oewiatło - wykrzyk-nšł

    siedemnastolatek.

     A starszy mężczyzna pochylił się, by pomóc mu stanšć na nogi. Głooeno zaskrzypiały stawy w

    kolanach.

     - Witaj w klubie. Teraz już mógł widzieć normalnie, a to. co zobaczył

     wokół siebie, przejęło go dreszczem-

     Bytu ich tak wielu, ubrani w tenisówki i podkoszulki, w garnitury, w bermudy i sandały. Włosy obcięte

    na wiele różnych sposobów, twarze od bardzo chudych do wręcz pucołowatych.

     Ale wszyscy byli nim.

     Oniemiały wpatrywał się w te różne odmiany samego siebie. To było jak oglšdanie albumu. Oto on w

    wieku siedmiu, dwunastu, siedemnastu, dziewiętnastu lat. Z długimi paznokciami z czasu, kiedy poważnie

    myoelał, że będzie zawodowo grał na gitarze. Ze oewieża rana, po tym jak spadł z roweru, ile wtedy

    miał? Jedenaoecie? Wszyscy oni stali na wšskiej polnej drodze o drugiej nad ranem, wszystkie jego

    wersje, spoglšdajšce na niego lub rozmawiajšce cicho między sobš. Nie słyszał tego. co mó-wili, ale

    wiedział, że rozmawiajš o nim. Ich twarze wy-rażały całš gamę uczuć,

    od rozbawienia po obrzydzenie.

     Zbierajšc resztę sił Jaka mu pozostała, wyszeptał, ma-jšc nadzieję,

    że ktooe mu odpowie.

     - Co to jest? Dlaczego się tutaj znalazłem?

     - Ponieważ jesteoe skończony. Twój czas się wyczerpał. A teraz się

    tego dowiedziałeoe -

    siedemnastolatek parsk-nšł oemiechem. - Ponieważ jesteoe teraz taki

    sam jak my. Zużyty i wyrzucony

    niby niedopałek.

     Starszy mężczyzna położył opiekuńczo dłoń na jego ra-mieniu.

     - Prawda. Wszyscy jesteoemy jednš osoba, ale ta osoba dorasta albo

    starzeje się, czy jak chcesz to

    nazwać. Każ-dy z nas był jakimoe etapem, a kiedy ten się skończy ... Siedemnastolatek odsunšł go na

    bok i stanšł nos w nos ze skonfundowanym mężczyzna.

     - Ja ci to wytłumaczę. Życie jest czymoe na kształt paczki papierosów,

można powiedzieć. To proste.

    W paczce masz dwadzieoecia sztuk, zgadza się? Wypalasz jednego, zostaje dziewiętnaoecie. Co robisz z

    niedopał-kiem? Rzucasz go na ziemię i zapominasz o nim, ponie-waż się

    wypalił. Tyle tylko, że my się

    nie wypalamy. Ale nikt o tym nie wie póki nie trafia tutaj. Tak jak ty teraz. To wielki sekret życia.

     - My wszyscy... - chłopak, na którego twarzy malował się gniew, zatoczył rękš wielki łuk, obejmujšc

    zebranych - tworzymy jednš paczkę. Jedno życie. Jednego człowie-ka.

    Ale dowiadujemy się o tym

    dopiero wtedy, gdy zosta-lioemy zużyci i odrzuceni. Kiedy jest już za póYno.

     - Czy ja nie żyję? To znaczy, czy on nie żyje?

     - Oczywioecie, że nie. Nie bšdY takim egoistš. On po prostu wycišgnšł

    z paczki kolejnego papierosa.

     Zarówno chłopak, jak i cała reszta, byli zachwyceni tym porównaniem. Gruchnęli oemiechem.

     Nie miał się do kogo zwrócić poza mężczyznš, który wczeoeniej łagodnie dotknšł jego ramienia.

    Jednak i on tylko smutno pokiwał głowš, potwierdzajšc, że wersja chłopca jest prawdziwa.

     Spojrzał na tłum. na siebie samego przez wszystkie minione lata i zrozumiał, że to prawda. Nie było

    innego wytłumaczenia.

     - Co stanie się ze mnš, to znaczy, chodzi mi, z nim? Z cienia doszedł go rozdrażniony głos:

     - Kto to wie? Od nas oczekuje się tylko, byoemy sie-dzieli i czekali,

    aż dołšczy do nas. Stabilizacja.

     Stabilizacja! Wszechmocny Boże, kiedy ostatni raz użył tego głupiego słowa? W latach

    siedemdziesištych? Być ustabilizowanym. Ustabilizowana miłooeć.

     Na pomoc!

     Pierwsza noc reszty jego życia przeszła nie najgorzej. Chłopak w harcerskim mundurku, on, rozpalił

    ogień, in-ny przyniósł hot-dogi i bułki w pudłach. Siedemnastola-tek

    użył swego noża, żeby je

    otworzyć. MężczyYni obsie-dli ogień i jedzšc rozmawiali. Niektórzy drzemali, głów-nie ci młodsi.

    Któryoe próbował zaintonować jakšoe starš pieoeń, ale inny kazał mu się zamknšć ,twierdzšc, że nie

    wszyscy jš znajš Swietnš stronš tej nocy było, że przy-pominała

    najwspanialsze klasowe spotkanie po

    latach. MężczyYni znali jego życie w najdrobniejszych szczegó-łach,

więc przez kilka godzin zadawał im

    niezliczone py-tania, ponieważ sam zapomniał tak wiele. Przypominało to odnajdywanie skarbów, które

    stracił po drodze.

Report this document

For any questions or suggestions please email
cust-service@docsford.com