DOC

Tajemnica

By Ellen Shaw,2014-06-23 11:08
6 views 0
Tajemnica

    ;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;

    MILOŃ JESENSKÝ

    ROBERT K. LEŚNIAKIEWICZ,

    ;

    ;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;

    TAJEMNICA

    KSIĘŻYCOWEJ

    JASKINI

    ;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;

    Krásno nad Kysucou Jordanów 2004 ;

    ;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;

     2

    SPIS TREŚCI:

    WSTĘP

    ROZDZIAŁ 1 – Zapiski kapitana Horáka

    R Niezwykłe opowiadanie powsta?czego kapitana – Dr elacja Jacquesa Bergiera

    Horák odnajduje dziwną jaskinię – Kronika niezwykłych wydarze? dzie? po dniu – Ślady Atlantydy na Słowacji?

    ROZDZIAŁ 2 – Poszukiwania Księżycowej Jaskini

    Kopalnia rud miedzi sprzed 12.000 lat? Dramatis personae z dziennika kapitana

    Pierwsze poszukiwania i... pierwsze wątpliwości – Niedokładne dane geograficzne – Jaskinia znaleziona i ponownie zgubiona.

    ROZDZIAŁ 3 – Zagadka szklistych tuneli

    Zaznajamiamy się z prof. dr Janem Pająkiem – Niezwykła historia z dzieci?stwa Wincentego Dobrze strzeżona góralska tajemnica: tunele pod Babią Górą? – Dalsze uwagi i spostrzeżenia.

    ROZDZIAŁ 4 – Poszukiwacze skarbów kontra hiszpa?ska Securitate

    Egzotyczna legenda albo prawda Na scenę wstępuje Sebastian Berzeviczy –

    Świadectwo pastora Bucholtza – Kogo poszukiwała hiszpa?ska Securitate?

    ROZDIAŁ 5 – Spór o tożsamość dr Horáka

    Jak to się wszystko zaczęło: poszukiwacze przygód, badacze i urzędnicy ministerialni

     You are wanted Captain Horak! Poszukiwania w terenie Informacja Eduarda Piovarčego – Księżycowa Jaskinia jako element gry wywiadów?

    ROZDZIAŁ 6 – Nowe horyzonty poszukiwa?

    Nota spaelologica Więcej pyta? niż odpowiedzi – Ponownie Tatry Bielskie? Z dziennika bada? Waltera Pavlińa i Ivo Hlásenský’ego – List od Piotra Parahuza Gmeranie w powsta?czej historii: fałszywe bliźniaki i tajne hitlerowskie badania – Dr Horák istniał naprawdę!

    ROZDZIAŁ 7 – Od hitlerowskich uczonych do agentów NKWD

    Na początek mała zachęta: dziwna fotografia Roberta – Bronie odwetowe pod Diablakiem Wigilia na Luboniu Co ukrywał wrak czołgu? – Rozmowa ze świadkiem tamtych dni Poglądy Macieja Kuczy?skiego i dwie relacje o podziemnych przestrzeniach.

    ROZDZIAŁ 8 – Tajemnica Orawskich Beskidów

    Dziwne zjawiska nad Magurą i tajemnicze światła na stokach – Bezdenna jama, zaginieni ludzie, grzmoty bez burzy po raz drugi Przybysze z nocnego nieba O meteorycie

     3

    przekutym na motyki i lemiesze Temat powraca: Dziwne odkrycie na Czerwonych

    Wierchach.

    ROZDZIAŁ 9 - Ogie? z obłoków i pozaziemski obiekt pod Tatrami

    Od Nieznanych Obiektów Orbitalnych do dziwnych bolidów Archiwum X w polskim

    stylu: Wojsko poszukuje meteorytu Trzęsienia ziemi i kamienie lecące z nieba – Podziemne

    sygnały spod Argentyny – Ufokatastrofa na Słowacji?

    ROZDZIAŁ 10 – W przepaściach Czasu

    Zagubione pokolenia: Mit to czy prawda? Zestawiamy przegląd niepożądanych

    artefaktów Poważne problemy z datowaniem – Domniemania, krytyki i komentarze

    Ludzkie ślady w trzeciorzędowym wapieniu.

    ROZDZIAŁ 11 – Lux ex Oriente...

     Petroglify na Uralu: Wzory chemiczne z epoki kamiennej? Spotkanie z dr

    Awi?skim – Zagadka karelskiej kamiennej księgi – O dowcipnym podróżniku i tajemnych

    znakach na Syberii Najnowsze odkrycie baszkirskich uczonych: Lotnicza mapa z Mezozoiku?

    ROZDZIAŁ 12 – Wizyta w Dolinie Umarłych

    Jakuckie drogi śmierci, albo legendy o krainie zagłady – Świadkowie spustoszenia:

    tubylcy, przyjezdni i czerwonoarmiści – Atomowe bunkry na Syberii? Zagadkowe

    eksplozje i słupy ognia za Uralem – Nuklearne poligony czy prehistoryczny system globalnej obrony?

    WSTĘP

    Lewoczskie Wierchy, Słowacja

    Dzie? dzisiejszy

    Chłopiec po raz ostatni rzucił okiem na porośnięty tarninami stok kąpiący się w świetle letniego poranka, a potem wstąpił w ciemny przestwór otworu jaskini ukrytej za skalnymi bałwanami, pod wysokimi reglowymi świerkami. Światła tutaj było mało i nie mógł sobie wyrobić jasnego zdania o tym, co go otaczało. W jego wyobraźni jaskinie składały się z podziemnych sal i korytarzy pełnych dziwów, marmurowych grzybów przyklejonych do ścian, z oponą kropli podziemnego deszczu, stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów utworzonych przez miliony lat pracy wody oraz innych cudów podziemnego świata. Tymczasem tutaj,

    wbrew jego wyobrażeniom była ciemna gładka komora zwężająca się w korytarz.

    Wziął głęboki oddech i zanurzył się w ciemność i ciszę. Pod tenisówkami zatrzeszczały mu resztki spalonego drewna i konarów z dawnego ogniska, a nieco dalej z

     4

    gliniastego spągu sterczało coś obłego i gładkiego jak piłka. Przemógł strach i znów westchnął, aż jaskinia odpowiedziała mu pogłosami i złowrogim echem gubiącym się gdzieś w jej czeluściach. Nie była to jednak rzecz, której bał się najbardziej – ludzka czaszka

    jakiegoś bezimiennego żołnierza Wehrmachtu, co poznał po charakterystycznym kształcie hełmu, a którego ciało zapewne zamieniło się w proch po upływie dziesiątek lat.

    Chłopiec słyszał jedynie ciszę i odniósł wrażenie, że ta cisza jest niewypowiedziana

    groźbą pod jego adresem. Mimo gęstej ciemności miał wrażenie, jakby ze ścian wychodziły cienie dawno poległych żołnierzy i wyciągają ku niemu swe kościotrupie ręce. Hełm wypadł mu z ręki i z grzechotem potoczył się po spągu jaskini, a chłopiec w porywie paniki nawet nie próbował go podnieść, tylko odwrócił się i pognał ku otworowi jaskini. W którym ta?czyły drobiny kurzu w promieniach sło?ca.

    Kiedy wydobył się na zewnątrz po kępkach traw i ostrych zębach skalnych otaczających wejście, usłyszał wołanie swego brata, który tymczasem rył saperką w niewielkim wykopie. Kiedy podszedł bliżej ku wykopowi, w jaskrawym świetle lipcowego sło?ca ta rzecz nie była już taka straszna, jakby była tam w mrokach jaskini, ukrytej pod

    skałami i korzeniami świerków – rozcięta część ludzkiej czaszki, kilka kości, resztki butów, a wśród resztek wojskowej czapki znajdowała się zardzewiała odznaka powsta?czej armii.

    - Mamy problem powiedział starszy z chłopców wkładając zardzewiały kawałek metalu do kieszeni spodni, w które wytarł potem zabrudzone gliną ręce. – Tutaj machnął

    szeroko prawą ręką w kierunku wykopu, gdzie stał jego brat – mogły się znajdować jakieś

    granaty czy inne materiały wybuchowe. Trzeba będzie kogoś zawołać...

    W kilka godzin później, na stok wspiął się wóz patrolu rozminowania jednostki saperskiej, a na stoku porytym niewielkimi wykopami chodzili mężczyźni poubierani w ciężkie kombinezony przeciwwybuchowe z detektorami min w dłoniach. Kiedy sko?czyli swoją pracę i uznali miejsce za bezpieczne, ich dowódca, który tymczasem obejrzał sobie

    wejście do nieznanej jaskini, długo rozmawiał ze swym przełożonym przez polową radiostację. W krótkim czasie pojawiły się zielone łady-nivy żandarmerii wojskowej, której

    żołnierze zamknęli wstęp na ten teren wszelkim osobom postronnym włącznie z

    mieszka?cami okolicznych wsi, strażnikami ochrony przyrody, robotnikami leśnymi i leśnikami.

    A było się czemu dziwić, bo na stoku powstało małe miasteczko namiotowe zakryte od góry sieciami maskującymi, anteny satelitarne, silne reflektory, sprzęt monitorujący, polowe generatory energii elektrycznej, itd. itp. Na godzinę przed zachodem sło?ca zdumieni mieszka?cy okolicznych wsi, przerażeni i zaciekawieni przejazdami kawalkad oliwkowo zielonych wojskowych ciężarówek, mieli jeszcze jedno ciekawe widowisko. Jakby z wnętrza krwawo zachodzącego sło?ca wynurzył się wojskowy helikopter, przeleciał nisko nad dachami i przepadł za górą. Nikt z nich nie znajdował się tak blisko, by widzieć, gdzie maszyna ta wylądowała. Nie widzieli też, jak z helikoptera wysiadł mężczyzna w cywilnym ubraniu, któremu towarzyszyli ludzie odziani w ochronne kombinezony przeciwchemiczne i maski przeciwgazowe, z rozmaitymi przyrządami u boku.

    - Pozwolę sobie zameldować panu – powiedział energicznie do cywila mężczyzna w

    mundurze z dystynkcjami podpułkownika – że ją znaleźliśmy. Znaleźliśmy Księżycową

    Jaskinię!

     Tak to mogłoby wyglądać, jak w kiepskim filmie w rodzaju „Z Archiwum X” czy czymś takim produkcie made in Hollywood. Pokazujemy Czytelnikowi nade wszystko

    chronologiczny przebieg bada? i poszukiwa? tego artefaktu, który swe pochodzenie być może datuje z czasów istnienia Atlantydy, czy nawet Atlantyki.

    Historia poszukiwa? Księżycowej Jaskini przypomina meandry Dymitriady czy historii życia i dokona? takich postaci, jak: Kopernika, Retyka, Deviusa, Kelleya,

    Sędziwoja, dr Faustusa i innych znanych postaci polskiej i europejskiej historii, których

     5

    cechuje ta „nieuchwytność” tak normalna dla czasów polskiego i europejskiego Renesansu. Wielu ludzi jej szukało, wielu zrezygnowało, ale zajmująca tajemnica niepokoi i wciąż ludzie

    poddają się jej złowrogiemu urokowi. A stawką jest nie tylko odkrycie niesamowitego artefaktu, ale być może nowych technologii czy nowych wiadomości o historii naszej planety!

    W naszych poszukiwaniach pomagali nam specjaliści, uczeni, dziennikarze, ufolodzy, historycy i tacy sami badacze-outsajderzy jak my. Nie sposób jest ich wszystkich wymienić z nazwiska, więc niech chociaż podziękujemy im wszystkim tu i teraz korzystając z tej okazji, jaką jest wydanie tej książki. Oczywiście szczególne podziękowania kierujemy do Wydawcy edycji czeskiej pana Pavla Mészárosa z AOS Publishing oraz pana Petera Listkiewicza z

    australijskiego wydawnictwa Za Próg, Wydawcy edycji polskiej, dzięki któremu ta nasza –

    druga już wspólna praca, stanowiąca wkład do wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego ujrzała światło dzienne. Stanowi ona kontynuację tematyki podjętej w naszych wcześniejszych pracach: „Bohové atomových válek” (Ústi nad Labem 1998) dr Jesenský’ego i mojego „Projektu Tatry” (Kraków 2002).

    A teraz oddajemy głos faktom...

    ;

    ;

     ROZDZIAŁ 1 – Zapiski kapitana Horáka

    elacja Jacquesa Bergiera Niezwykłe opowiadanie powsta?czego kapitana – Dr R

    Horák odnajduje dziwną jaskinię – Kronika niezwykłych wydarze? dzie? po dniu – Ślady

    Atlantydy na Słowacji?

    Niniejszym chcieliśmy przedstawić Czytelnikowi stan naszej wiedzy na temat jednej z najciekawszych zagadek naszej planety i historii cywilizacji na niej egzystujących. Jedną z nich jest Studnia o Ścianach z Metalu, odkryta przez słowackiego bojownika w czasie Słowackiego Narodowego Powstania pod koniec 1944 roku. Poza tym przedstawiamy

    wnioski, które nasuwają się po lekturze tego materiału.

    Przedstawiamy Czytelnikowi chronologicznie materiały, które sami opracowaliśmy

    oraz, które otrzymaliśmy od naszych przyjaciół ze Słowacji, Polski, Republiki Czeskiej i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a za które bardzo im dziękujemy. A oto pierwszy

    z nich artykuł Milońa Jesenský’ego zamieszczonego w „Wizjach Peryferyjnych” nr 2,1996.

     Słowacy i Czesi nazywają ją POLMESIAČNA JASKYNA, albo po prostu jak w tytule - MESIAČNA JASKYNA - co po polsku znaczy tyle, co Półksiężycowa lub

    Księżycowa Jaskinia. W literaturze światowej pisze się najczęściej o niej - Jaskinia o

    Metalowych Ścianach, bądź po prostu - Studnia, co jest o tyle nieprecyzyjne, że chodzi tu raczej o szyb, strome wyrobisko, a nie formację naturalną, jaką jest jaskinia czy grota jako

    taka. Według wszystkich badaczy i entuzjastów hipotez o istnieniu zamierzchłych cywilizacji

    czy Cywilizacji Pozaziemskich - Księżycowa Jaskinia stanowi ślad i dowód na to, że jakieś 20.000 lat temu na terenach dzisiejszej Europy Środkowej istniała cywilizacja Ery Hyboryjskiej, tak dokładnie i plastycznie opisanej przez Roberta E. Howarda, albo też

    nastąpiło lądowanie przedstawicieli Innej Cywilizacji - ziemskiej (np. Szamballi, Agarty, podziemnej K'n-yan lub z legendarnej wyspy Atlantydy) bądź pozaziemskiej. W Polsce temat

    związany z owymi osobliwościami jako, że na całym świecie podobnych szybów istnieje

     6

    wiele, jest raczej nieznany. Zainteresowanych odsyłamy do „Księgi tajemnic 2" Thomasa de

    Jeana, wydanej w Łodzi, w 1992 r., gdzie tekst o Księżycowej Jaskini znajduje się na stronach 79-88. Kompetentni tatrza?scy przewodnicy oraz wielu łowców osobliwości, traktują Księżycową Jaskinię jedynie jako legendę bez pokrycia w faktach. Rzecz w tym, że

    do chwili obecnej nikomu nie udało się odszukać miejsca, o którym w swoim dzienniku pisze

    Antonin T. Horák, a jest to jedyne źródło z opisem Księżycowej Jaskini. W latach 1992-95

    sprawą tą zajął się słowacki badacz, lekarz i ufolog dr Miloń Jesenský, który udostępnił nam wyniki swoich poszukiwa? i tak oto mamy okazję zaprezentować rezultaty jego pracy.

    Swego czasu Ronald D. Calais oznajmił światu o odkryciu w ko?cu lat 60. w kamieniołomach Mc Dermott (Ohio, USA), na głębokości około 15 metrów prehistorycznego

    szybu o okrągłym przekroju. Nikt nie zwrócił na niego wcześniej uwagi, a robotnicy pracujący w kamieniołomach zasypali go odpadkami produkcyjnymi, drobnymi kamieniami i żwirem.

    Wydarzenia, o których piszę dalej, zostały przedstawione w pamiętniku, przez dziś już nieżyjącego kpt. dr Antonina T. Horáka, skąd cały tekst przytoczono niemal dosłownie w

    biuletynie National Speological Society „NSS News” nr 3,1965, skąd został przedrukowany

    w pracy Jacquesa Bergiera i grupy INFO, „Le livre de l'inexplicable", Paryż, 1972. Autor pamiętnika - były oficer powsta?czej armii sformowanej w czasie Słowackiego Narodowego

    Powstania, a potem językoznawca - próbuje w nim zachęcić speleologów, by znaleźli to, co Jacques Bergier nazwał „najdziwniejszą zagadką naszej planety" - stary szyb prehistorycznej

    kopalni, który odkrył w jednej z jaski? na Słowacji. A oto, jak opisał to wszystko w dzienniku

    Antonin T. Horak, autor relacji, która spowodowała całe zamieszanie wokół Księżycowej Jaskini.

    (Bergier, J. Et al.: Le livre de l?inexplicable, Albin Michel, Paris 1972, čes. ed. Ivo

    Ņelezný, Praha 1995, s. 38 – 49. Wytłuszczoną kursywą zaznaczono te partie tekstu, które zostały opuszczone w przekładzie francuskim.)

    23 października 1944r.

    Wczoraj wczesnym rankiem zostaliśmy znalezieni przez Slavka i ukryci w tej jaskini. Dzisiaj o zmroku, powrócił do nas ze swoją córką Hanką i przyniósł jedzenie i lekarstwa. Od

    piątku niczego nie mieliśmy w listach, a przedtem, w czasie ostatnich dwóch potyczek jedliśmy tylko kukurydziany chleb, a i tego było mało.

    W sobotę po południu, resztki naszego batalionu (184 żołnierzy i oficerów, z których

    ? była ranna, a 16 ludzi było przenoszonych na noszach), kuśtykały po śniegu na północnym

    stoku. Moja kompania była w ariergardzie. W niedzielę o świcie zaatakowano nas z

    odległości 300 metrów, dwa 70-milimetrowe działa. Trzymaliśmy się przez 12 godzin, potem

    odparliśmy atak, ale lewe skrzydło nie wytrzymało, co kosztowało nas kilka ran. W czasie potyczki z nieprzyjacielem odniosłem rany bagnetem i kulą w lewą dło?, a na dodatek

    zostałem jeszcze raniony w głowę, co wydarzyło się w następnym starciu. Z braku hełmu oberwałem solidnie po głowie - stąd dokuczliwa rana.

    Odzyskałem przytomność, kiedy ktoś wyciągnął mnie z okopu. Był to wysoki chłop. Nacierał mi ręce i głowę śniegiem i uśmiechał się. Potem ten dobry Samarytanin zabrał się za

    Jurka. Zdjął mu spodnie, wyciągnął odłamek z nogi i położył na śniegu. Martinowi zręcznie przewiązał głęboką ranę na brzuchu. Kiedy zrobił prowizoryczne nosze, przedstawił się nam jako pasterz (właściwie był bacą) Slavek, do którego należały okalające nas pastwiska. Do

    naszego schronienia dostaliśmy się przy jego pomocy po 4 godzinach.

    (Slavek) odwalił kilka głazów i pokazał wąski otwór - wejście do przestrzennej jaskini.

    Położył Martina do kąta a potem go przeżegnał, przeżegnał także i nas i jaskinię, a potem z

    ukłonami żegnał się także przed tylną ścianą, gdzie widać było wejście do jej dalszej części.

     7

    Kiedy odchodził od nas, powtórzył ten sam rytuał i prosił mnie, bym nie szedł dalej w głąb jaskini. Poszedłem za nim kawałek mówiąc, że nazbieram czegoś do zjedzenia. Powiedział mi,

    że był w tej jaskini wraz z ojcem i dziadkiem, że jest to rozległy labirynt pełen przepaści, który nigdy nie mieli ochoty badać czy zwiedzać, że są tam trujące gazy i w ogóle „tam straszy". Powróciłem do jaskini około północy całkowicie wyczerpany. Ból głowy uśmierzałem śniegiem. Martin był nieprzytomny, a Jurek miał gorączkę. Zjedliśmy skromną wieczerzę. Obłożyłem Martina nagrzanymi kamieniami, a Jurek objął pierwszą wartę.

    To była paskudna noc. Martin wrócił do przytomności, podałem mu trzy aspiryny i nieco wody ze śliwowicą, dokładnie z dziesięcioma kroplami. Głodny Jurek kręcił się koło

    dwóch niemieckich hełmów, gdzie gotowała się woda ze śniegu, do której dodałem po dziesięć kropli śliwowicy. Być może z powodu śnieżnej powodzi i zagrożenia lawinowego, a

    także licznych nieprzyjacielskich narciarskich patroli, które pałętały się w okolicy Slavek

    nie przyjdzie do nas wcześniej, niż za kilka dni. Z dwoma chorymi na karku nie mogłem się nawet pokusić o zapolowanie na jakiegoś zwierza, nie mówiąc już o tym, że mógłbym

    zagubić się w nieznanym terenie. Mamy wszak jaskinie, do której, jak mówił Slavek może być jeszcze inne wejście i nie wykluczone, że nawet zimuje tu jakieś zwierzę. Rozważałem

    na głos takie możliwości, a Jurek żuł jodłową korę i prosił mnie, bym jednak poszedł w głąb

    jaskini na polowanie. Przyrzekł mi, że nikomu o tym nie powie. Nie czułem głodu, ale

    interesowało mnie, co mogło przestraszyć tak pewnego siebie Slavka, że aż wzywał Boga. Zabrałem ze sobą bro? i pochodnię. Po półtorej godzinie idąc dość wygodnym i bezpiecznym korytarzem, dostałem się do długiego jakby przedsionka zako?czonego nie-

    wielkim otworem.

    Wlazłem do tego otworu i stłukłem sobie kolano. Było tam coś podobnego do wiel-

    kiego czarnego silosu wpuszczonego w białe podłoże, coś jakby czarna lawa w otulinie soli

    czy lodu. Wytrąciło mnie to z równowagi i poczułem jakiś dziwny strach, bo zdałem sobie

    sprawę, że to, na co patrzę jest dziełem ludzkich rąk... Szyb był zakrzywiony, jakby odcisnął

    się w nim walec o promieniu 25 metrów. W miejscu, gdzie walec stykał się ze ścianą wytworzyły się białe stalaktyty i stalagmity. Ściana była niebiesko-czarna, z materiału, który

    stanowił połączenie stali, szkła czy porcelany i kauczuku. Spróbowałem tej substancji nożem

    - nawet nie zarysowałem jej. Pomyślałem, że jestem w dzikiej krainie, gdzie nie było nic, co wytworzyłaby cywilizacja i znajduje się w niej artefakt wysoki jak wieża, niczym baszta zamku wpuszczona w ziemię i pokryta naciekami...- mróz po kościach przeszedł mnie od tego

    wszystkiego.

    W ścianie znajdowała się wąska i długa szczelina, na dole szeroka na jakieś 20-25 cm

    u samej góry ledwie 2-5 cm przez którą z biedą byłby w stanie przecisnąć się człowiek.

    Wnętrze jej jest zupełnie czarne i pokryte ostrymi szczerbami, wielkimi jak pięść. Dno szczeliny ma kształt płytkiego koryta w ŻÓŁTYM PIASKOWCU i jest nachylone pod kątem około 60?. Usunąłem tam zapaloną pochodnię, zasyczała jak węgle wrzucone do wody i zgasła.

    Chciałem zbadać rzecz na miejscu i stwierdziłem, że mogę przecisnąć się przez szczelinę. Najpierw przepchnąłem tam głowę i prawą rękę. Ręka ze świeczką (którą miąłem) też przeszła, ale musiałem działać szybko, bo było mało stearyny. Chwilowo dałem więc za wygraną - na razie, bo zagadka bardzo mnie zafascynowała. Zdecydowałem, że jeszcze tu

    wrócę.

    Do naszej jaskini powróciłem około czwartej po południu. Jurek umył Martina i położył go między ciepłe kamienie. Dałem mu trzy aspiryny i ciepłej wody ze śliwowicą.

    Wyjaśniłem Jurkowi, że do polowania będzie mi potrzebny powróz, tyczka i pochodnia. Na

    szczęście przyszli Slavkowie z zapasami.

     8

    Potem poszedłem z nimi, by nazbierać sucharów na pochodnie. Półmartwy ze

    zmęczenia powróciłem do jaskini około drugiej nad ranem - ale wreszcie się najedliśmy,

    Jurek aż za bardzo - więc jako drugi objąłem wartę.

    24 października 1944r.

    Noc przebiegła spokojnie. Martin wypił ziołowy wywar z miodem przeciw gorączce.

    Mam nadzieje, że się z tego wygrzebie. Jurek nie ma już tak opuchłych pleców, ale moja

    głowa jeszcze nie jest w porządku. Pociąłem nasze pasy i rzemienie dzięki czemu zdobyłem jakieś 8 metrów mocnej liny. O godzinie 10 byłem znów przy ścianie, gdzie przeciągnąłem

    pręt z uwiązaną linką, po której przelazłem na drugą stronę szczeliny ciemnego szybu. Tym razem miałem karbidówkę, którą przerzuciłem tam najpierw. Nie widziałem niczego, ale słyszałem coś, jakby dźwięk przepływającej wody. Bałem się, że za szczeliną jest przepaść i że wpadnę tam głową w dół. Nie było w szczelinie żadnych luźnych kamieni, więc odłamałem kilka stalagmitów i rzuciłem je w ciemność. Słyszałem jak turlały się po spągu i

    zatrzymywały z trzaskiem, co upewniło mnie w tym, że jest tam jakieś dno. Potem rzuciłem zapalone łuczywo i wreszcie podążyłem za nim. Wyleciałem ze szczeliny po drugiej stronie,

    poturlałem się i zatrzymałem na ścianie, która była tak samo gładka, jak ta od strony jaskini. Lampa jeszcze się koło mnie paliła i słyszałem jakieś dziwne dźwięki. Kiedy zapaliłem

    pochodnie zauważyłem, że znajduje się w szybie o zakrzywionych czarnych ścianach, które tworzyły niemal pionowy komin o przekroju sierpowatym. Nie jestem w stanie opisać tej ciemności ani zwielokrotnionego odgłosu mojego oddechu czy każdego ruchu. Dno szybu

    było wyłożone (a może wykute) solidnym wapieniem.

    Wszystkie światło, którym dysponowałem, nie było w stanie dokładnie oświetlić stropu,

    gdzie ściany się ko?czyły lub stykały. Pozioma odległość pomiędzy ścianami szybu wynosiła około 8 m, a pomiędzy „szpicami" sierpa aż 25 m. Do dalszych bada? potrzebowałem więcej

    pochodni i dłuższych tyk, które jednak by się nie zmieściły w wejściowej szczelinie.

    Wracałem umorusany ale pełen nadziei, że uda mi się do ko?ca zbadać tą niezwykłą strukturę, która była chyba jedyna na świecie. Tym razem udało mi się sforsować szczelinę

    bez problemów. Wylazłem z szybu, zapaliłem i poszedłem z powrotem do mych towarzyszy

    niedoli. W drodze powrotnej chciałem złapać jakiegoś nietoperza, ale nadaremnie. Jurek gotował ziemniaki i wybaczył mi niepowodzenie w polowaniu, potem namaścił moje rany na

    plecach i pozszywał koszulę. Martin zjadł kawałek chleba i popił wywarem z ziół doprawionym miodem. Po 18. wybrałem się po zapas drewna na ognisko i pochodnie i

    powróciłem około 22. Jurek pilnował cały czas jaskini.

    25 października 1944r.

    Noc upłynęła spokojnie. Martin ma się nieźle. Jestem zadowolony także z tego, że rany Jurka już się goją i chciałby pójść ze mną. Lepiej byłoby jednak, aby nie wiedział nic o tajemnicy jaskini...

    Tak jak poprzednio wślizgnąłem się w szczelinę uprzednio zdjąwszy ubranie, ale tym razem nogami do przodu. Mimo tego, że przywiązałem pochodnie do dwóch tyczek, nie

    byłem w stanie ujrzeć stropu szybu. Strzeliłem dwukrotnie wzdłuż ściany do góry. Zahuczało

    jak uderzenie pioruna, a właściwie przypominało to huk przejeżdżającego ekspresu i to

    wszystko. Wystrzeliłem więc jeszcze raz w każdą ścianę po jednej kuli. Z miejsc trafie? wyskoczyły niebiesko-zielone iskry na wysokości około 15 metrów nade mną, a łomot był taki, że musiałem zatkać uszy... Kiedy uderzyłem w ścianę dziobem czekana, to wywołałem

    kolejne fale dudnienia.

    Następnie sondowałem zalegający na dnie szybu regolit, a potem zacząłem kopać w

     9

    rogach „półksiężyca” tam, gdzie skała wapienna była najsłabsza. W prawym rogu był suchy ił, w lewym rogu pod półmetrową warstwą iłu znalazłem kości jakiegoś wielkiego zwierzęcia.

    Kiedy kopałem dalej, to po przekopaniu 150 cm natrafiłem na tylnej ścianie na gładkie

    żłobkowanie, jakby poziome sfalowania, które wydawały się być cieplejsze od reszty skały, a zbadałem te rysy jeszcze płatkami uszu i wiem, że się nie mylę. Pod warstwą iłu dno było zupełnie twarde.

    Kiedy dopaliły mi się pochodnie, poczułem na sobie zimny pot. Opuściłem

    półksiężycowy szyb, ubrałem się i poszedłem na miejsce, gdzie znajdowały się nietoperze. Upolowałem ich siedem. Jurek zrobił potem z nich potrawkę z chleba, ziół i tych nietoperzy. Slavek i Olga, jego druga córka, przyszli wraz ze zmrokiem i przynieśli słomę, siano, owcze skóry i lecznicze zioła: tarninę, rozchodnik i ziarna kosaćca, które są doskonałą namiastką

    kawy. Tymczasem ja poszukałem sosnowych pochodni i dwóch długich tyczek i wróciłem z powrotem około północy. Martinowi podałem wodę i pozostałe aspiryny. Jurek znów strzegł nas przez całą noc.

    26 października 1944r.

    Noc przeszła spokojnie. Wróciłem do szybu by kontynuować badania. I znów, mimo użycia przeze mnie najdłuższej tyczki i pochodni nie udało mi się oświetlić stropu. Strzeliłem nad oświetloną część – kule wydobyły ze ściany wielkie niebiesko-zielone iskry i dudnienie,

    ale nie odłupał się ani okruszek dziwnej wykładziny ściany. Jednakże pociski zrobiły w ścianie rysy na pół palca długie, z których wydobywał się ostry zapach. Ponownie zacząłem kopać w lewym rogu i stwierdziłem, że okładzina metalowa ciągnie się w głąb, czego nie było

    w prawym rogu.

    Wydobyłem się z szybu i obejrzałem sobie zewnętrzną ścianę i jej otoczenie. W

    stalaktycie było kilka cętek podobnych do szkła. Kiedy je skrobałem, to otrzymałem bardzo drobny proszek, którego nie można było zebrać bez kleju. Postanowiłem otrzymać klej z pazurków nietoperzy. Chciałem zdobyć chociażby niewielką próbkę tego materiału, z którego były wykonane nad wyraz gładkie ściany półksiężycowego szybu. Mimo tego, że strzelałem zawsze w to samo miejsce, gdzie odbijały się kolejne kule, to w efekcie nie uzyskałem

    niczego, poza ostrym zapachem i wibrującym dźwiękiem rykoszetujących pocisków.

    W drodze powrotnej złapałem kilka nietoperzy i znowu mieliśmy je w „potrawce”... Powiedziałem Jurkowi, żeby odciął im nóżki. Wieczorem – jak zwykle przyszedł Slavek z

    córką i przynieśli ze sobą ćwiartkę jelenia, pół kilo soli i torebkę karbidu. Jurek ponownie przez całą noc trzymał wartę.

    27 października 1944r.

    Martin umarł we śnie. Jurek, który zna jego rodzinę – wziął na siebie przekazanie [jej]

    jego dobytku portfela z 643 koronami, zegarka z grawerką i aktu zgonu, który mu

    wystawiłem. Teraz możemy już odejść i dołączyć do naszego batalionu, który znajdował się

    na wschód od Koszyc. Jurek może przejść o kuli jakieś 10 km dziennie, ale musimy poruszać

    się ostrożnie. Jutro ruszamy.

    O 10. byłem w jaskini i poszukiwałem możliwości dostania się do niej od tyłu bądź z góry. Na lód i trujące gazy nie natknąłem się w niej, i chyba ich tam nie było, mimo zapewnie? Slavka. Potem wlazłem do szybu, dalej kopałem i myślałem nad tym problemem. Powróciłem do groty około 16. Nakazałem Jurkowi zapakować nasze rzeczy, wyczyścic bro?,

    przygotować jedzenie na 7 dni i zwrócić Slavkowi wszystko, co nam pożyczył. Przyszedł on z

    obiema córkami, jak tylko dowiedział się, że Martin zmarł. Przenieśliśmy go do okopu i tam pochowaliśmy zawiniętego w koce. Slavek miał na wiosnę ustawić tam porządny krzyż, na

     10

    co dałem mu 150 koron. Slavek donosił mi o ruchach nieprzyjaciela w kierunku wschodnim, jak mógł najlepiej. Jurek i ja wróciliśmy do jaskini około północy, a on znów wziął obie warty, bowiem może się wyspać jutro w dzień.

    28 października 1944r.

    Spokojna noc i tym razem dobre śniadanie. Wyryłem swe imię i nazwisko, itd. na pasku, a wszystko to wpakowałem w złotą kopertę mojego zegarka, które to rzeczy włożyłem do butelki, którą zatkałem mieszaniną gliny i węgla drzewnego. Ten dowód mojej bytności włożyłem do „szybu księżycowego” na resztki spalonych pochodni. Wygląda na to, że

    pozostanie tam na długo, aż do czasu, kiedy nacieki wapienne przykryją całkowicie wejście do szybu. Slavek nie ma syna, któremu mógłby przekazać tajemnicę szybu, jego córki jej nie znają, a zazwyczaj wydawały się [za mąż] w innych wsiach. Jeżeli nie wrócę do tej jaskini, to za kilka dziesięcioleci zniknie ona z ludzkiej pamięci.

    Siedziałem przy ogniu i zastanawiałem się, czemu miała służyć ta struktura ze

    ścianami grubymi na dwa metry i tak dziwnym kształtem, ale nic nie wymyśliłem. Jak

    głęboko była wbita w skałę? Czy jest tam coś innego oprócz tego szybu? Czy był to wytwór ludzkich rąk? Ile jest prawdy w legendach Platona o dawno znikłych cywilizacjach dysponujących magiczną techniką, jakiej sobie nawet nie możemy wyobrazić?...

    Jestem człowiekiem ostrożnym w osądach, z wykształceniem uniwersyteckim, ale

    muszę dopuścić myśli, że tam pomiędzy tymi wysokimi, idealnie pochylonymi, wręcz z

    matematyczną dokładnością zakrzywionymi ścianami, czarnymi i gładkimi jak atłas,

    odczułem tchnienie jakiejś nieznanej potęgi. Teraz zrozumiałem dokładnie zachowanie się Slavka i jego przodków, którzy swymi praktycznymi i prostymi rozumami widzieli w tym jakieś czary... Slavek ukrywał fakt istnienia Księżycowej Jaskini z obawy przed najazdem hord turystów i wszystkim, co taki najazd niesie. Czyżby przerażała go komercjalizacja jego prostego życia na łonie przyrody? Kiedy znowu tutaj powrócę, będzie to z ekipą związanych

    przysięgą milczenia ekspertów: geologów, metalurgów, speleologów, i nawet jeżeli obiekt

    ten ma znaczenie dla rozwoju nauki i naszej cywilizacji, to trzeba będzie uszanować poglądy

    Slavka.

    W drodze powrotnej zamaskowałem otwory wiodące do jaskini. Być może ma ona

    jakieś wejścia, których Slavek nie zna, a przez które może wejść tam jakiś poszukiwacz „skarbów” czy speleolog. Wróciłem o 3. po południu. Około 5. przyszli Slavkowie przynosząc kilka jajek na twardo. Jurek poprosił Slavka o rozmowę w cztery oczy. Potem i

    tak Hanka powiedziała o co chodzi, a mianowicie o to, że chce go pojąć za męża. Śmiała się

    i płakała, Jurek dał jej swoje zdjęcie i złoty zegarek, który mu jego ojciec przywiózł z Ameryki; Jurek jest zamożnym stolarzem w Bratysławie. Jestem zaproszony na wesele i mam nadzieję, że tam dojadę. Aby przekonać ich, że myślę o tym poważnie, dałem Hance list do mojego przyjaciela jubilera i powiedziałem jej, żeby dał jej druzę czeskich granatów jako prezent ślubny. Slavek przyniósł ich rodzinną Biblię, a ja w niej dokonałem odpowiednie zapisy.

    Żegnając się po słowacku uścisnęliśmy sobie mocno ręce, zabraliśmy bro? i nasze rzeczy i poszliśmy. Kiedy weszliśmy do lasu, obejrzeliśmy się i ujrzeliśmy Slavka

    maskującego wejście do jaskini. Jego córki zamazywały nasze ślady. Śnieg skrzył się w jasnym świetle wschodzącego Księżyca.

    30 października 1944r.

    Poruszaliśmy się powoli, bo było ciemno na letnich ścieżkach. Przez kilka dni

    obozowaliśmy w lasach sosnowych i słuchaliśmy huku dział. Widzieliśmy grupę

Report this document

For any questions or suggestions please email
cust-service@docsford.com